Pandemia, czyli twarde lądowanie w sferze sakralnej

Okoliczności epidemiczne katapultują nas do  sfery sakralnej, choć nieraz nie zdajemy sobie z tego sprawy. “Sfera sakralna” przekracza kosmos chrześcijański, jest czymś więcej niż każda religia, którą możemy wyznawać lub odrzucać. Podstawowymi składnikami sfery sakralnej są poczucie ostateczności oraz mityczna wizja świata.

Powrót Ostateczności

1. «coś, do czego jest się zmuszonym sytuacją»

2. «ostatni lub najwyższy stopień czegoś»

Słownik PWN, hasło “Ostateczność”

Ostateczność oznacza m.in. bliskość śmierci, która „unosi się w powietrzu” jak morowe powietrze. Wirus jest niewidzialny, zaś zakażenie się nim nieuchwytne. „Nie znamy dnia ni godziny”! Losowość ciężkiej choroby i widmo śmierci nie były tak bliskie Polakom od czterdziestu lat, licząc od stanu wojennego w roku 1983. Dwa, młodsze pokolenia w ogóle nie znają okoliczności bezpośredniego zagrożenia.   

Ostateczność tworzy także granice, których nie wolno przekraczać. Przez ostatnie dekady natomiast starannie podkopywaliśmy, maskowaliśmy i relatywizowaliśmy wszelkie granice. Można śmiało stwierdzić, że wyznacznikiem małej epoki w historii najnowszej była wszechprzenikająca niechęć do koncepcji granicy oraz – paradoksalnie – towarzysząca temu postępująca atomizacja jednostek, które same stały się granicami w indywidualistycznych społeczeństwach.   

W społecznościach zanurzonych w sferze sakralnej granice, takie jak tabu, były bezlitośnie egzekwowane. Przekroczenie zakazanego kończyło się wygnaniem, karą cielesną lub śmiercią. Ład sakralny jest czymś innym od rządów prawa; prawo można oszukać zaś jego procedurom towarzyszy opóźnienie czasowe. Z kolei w porządku sakralnym przekroczeniu granic towarzyszy natychmiastowa kara, która nie pochodzi z „ludzkiego nadania”, lecz wypływa wprost ze wszystkowidzącego Absolutu.

Właśnie dlatego historycznym czasom zarazy towarzyszyła potężna, religijna mobilizacja. Porażenie dżumą odbywało się tak szybko i losowo, że skojarzenia o boskiej karze nasuwały się samoistnie; tajemnica pomoru była potwierdzeniem interwencji sacrum.

Obecnie przekroczeniu granic tworzy namacalne ryzyko; nie tylko zarażenie się, ale także kolosalna grzywna 12 tys. złotych za “nielegalny spacer”. Sytuacja epidemiczna stworzyła granice, które drobiazgowo regulują ludzką codzienność; dwa metry dystansu pomiędzy ludźmi rozsadza tak oswojone w naszym życiu zbiegowiska jak manifestacja, koncert czy kolejka w sklepie.

Jednocześnie świat Internetu i e-commerce nadal jawi się jako bezgranicznie płynny; pieniądze, usługi cyfrowe i kontakty video-tekstowe zachowują natychmiastowość. Świat jednak nie może już udawać, że jest tak płynny jak oplatająca go technologia.

Ostateczność to także nieodwracalność aktualnie następujących procesów. Szybko odtrąbiła to już prasa głównego nurtu. Przekaz: “Koniec świata jaki znamy” przenosi nas daleko poza subiektywizm, płynność, względność i niepewność. Coraz cześciej prasa, zamiast „zajmować stanowisko” wyważone i doinformowane faktami po prostu proklamuje apokalipsę. O ile około-apokaliptyczne prognozy globalnego ocieplenia miały aż nadmiar faktów i badań naukowych do poparcia, prognozy dotyczące pandemii na obecnym etapie są pełne domysłów, które i tak formułowane są w tonie ostatecznym.

W ten sposób wyrażamy pragnienie Ostateczności – chcemy wygnać dotychczasowy ład, pogrzebać go na zawsze, a jednocześnie wypowiedzieć się w tonie pewnym, tj. wolnym od rozmytych przypuszczeń. Czuć w tym pewną ulgę – zagrożenie wyszło ze sfery przypuszczeń, stało się „namacalne” (na ile tak niewidzialne zagrożenie jak wirus może nim być) – konfrontujemy się z nim otwarcie, nie zaś np. w perspektywie następnych dekad.   

Ostateczne końce i kuszące obietnice

Ostateczność prowadzi nas przeto do sytuacji paradoksalnych – wkraczamy w coincidentia oppositorum – obserwujemy w sobie oraz w narracjach społecznych zbliżenie przeciwstawnych sądów.  Epidemia, bezkompromisowy i groźny kryzys ma swoje dobre oblicze, m.in. obiecując daleko posunięte zmiany w organizacji pracy etatowej.  

Konieczność pracy zdalnej wyrwała bowiem ludzi z czeluści biur. Rozumiem tu czeluść jako limbus – stan wiecznego zawieszenia, uwięzienie w dziwnym miejscu, które upośledza emocje i petryfikuje osobowość. David Foster Wallace dobrze udokumentował to w „Bladym Królu” (wyd. sic!) , książce o amerykańskiej biurokracji, której tematem jest śmiertelna nuda. Biuro jest środowiskiem wampirycznym, wysysa witalność, zabija na raty, zaś uwolnienie ludzi od korporacyjnej pracy etatowej będzie potężnym czynnikiem zmiany społecznej.

Długotrwała epidemia wymusi na biznesie stworzenie funkcjonalnych sieci pracy zdalnej. Już teraz tysiące konsultantów Netfliksa pracuje w domach – za miesiąc ich praca zostanie wsparta przez zaawansowane rozwiązania technologiczne. Podobnych transformacji możemy spodziewać się w systemie edukacji oraz – na wstępnych poziomach diagnozy – w służbie zdrowia.  Jak poradzi sobie z tym wszystkim ogrom ludzi, którym nagle oddano czas i energię? Nawet, gdy muszą kisić się w domach, robią to w ramach nowego rozdania.

To nie wszystko, jeżeli chodzi o plusy i obietnice epidemii. Istotne jest jednak to, że w sferze publicznej praktycznie natychmiast pojawiły się analizy, które omawiają te plusy. Czas Epidemii prezentuje się obustronnie, zderzają się w nim lęki i nadzieje. Kiedy ostatnio były one tak blisko siebie? W przypadku globalnego ocieplenia niewielu zauważa, że rozstrojenie klimatu jest ceną za dobrobyt, w którym aktualnie żyje rekordowa ilość ludzi, włączając zarówno klasę średnią  jak i  tych wyciągniętych ze skrajnej nędzy. Tak samo plastik jest surowcem, który umożliwił masową produkcję dóbr trafiającą do masowego odbiorcy. Teraźniejszość jest zbudowana na plastiku, a przeniknięcie tego tworzywa do gleby, oceanów i krwioobiegu człowieka było nieuniknione.  Zmiany klimatyczne są skutkiem niemal stulecia rozwoju gospodarczego – ów proces  przyczynowo-skutkowy został rozłożony w czasie i objął pokolenia.

W przypadku epidemii proces przyczynowo-skutkowy uległ „sprężeniu”; plusy i minusy, nadzieje i lęki spotykają się w aktualnym teraz, w którym mieści się wiele Przyszłości antycypowanych przez liczne analizy. Jedyną realną Przeszłością są przecież prognozy na jej temat.

Myślenie mityczne w czasach Zarazy

Ostateczność nie jest niczym konkretnym; to raczej atmosfera, która przenika sposób mówienia i myślenia o świecie. Mitologie świata są natomiast poetyką tej ostateczności. W przedchrześcijańskich kulturach oralnych, mity nie były utożsamiane z „prawdą” jak ma to miejsce w mitologii katolickiej. Mity nie były umiejscowione w czasie, nie dotyczyły „ludzi, którzy naprawdę żyli”. Katoliccy teologowie, odkrywając zbieżności w mitach antycznych i chrześcijańskich doszli do wniosku, że to właśnie w narodzeniu Chrystusa i późniejszych wypadkach mitologia „wypełniła się” – czyli zmaterializowała w czasie. Przeczy to jednak odwiecznej naturze mitów; są one niewydarzalne, dlatego mieszkają poza prawdą i fałszem. Mit nigdy się nie wypełnił, ani w przeszłości ani w przyszłości – to raczej pewien wzorzec, który odzwierciedla się w Losie, nadając mu regularność.

Mity wskazują także jak przeżywać emocje na wysokim poziomie intensywności – i chodzi tutaj o wszystkie emocje. Tak naprawdę strach czy gniew nie są negatywne same z siebie; szkodliwy może być natomiast sposób ich ekspresji oraz przedmiot; kiedy strach gubi się w bezładzie, przepoczwarza w panikę, zniekształca przez teorie spiskowe i tak dalej.  Kiedy mamy do czynienia z masową paniką lub strachem powstaje odrębne zjawisko, społeczny Moloch, mutant strachu.

Z kolei mityczne regularności są jakby torami, w których strach prowadzi do przesilenia i zrozumienia.  Przykładowo podczas Wielkiego Tygodnia strachowi o Golgotę towarzyszy wiedza o zmartchwystaniu; katolicy boją się o życie Chrystusa, jest to częścią przeżywanego misterium, które obejmuje także późniejsze wypadki i pokonanie śmierci. W podobny sposób starożytni Grecy przeżywali przygody swoich herosów; budowanie strachu prowadziło do katharsis dzięki mitycznej strukturze opowieści.

“Rekonstruując plagową symbolikę, szukając jej kontekstów i ukrytych, często uderzająco antynomicznych sensów możemy odczytać uniwersalny mit, który doskonale przechowuje archaiczny, a jednocześnie żywy po dziś dzień sakralny rdzeń przeżycia plagi”

(Sznajderman M., Zaraza: mitologia dżumy, cholery i AIDS )

Poszukując matrycy przeżywania plagi, niektórzy wstępują w typowy, chrześcijański millenaryzm: apokalipsa – poprzez destrukcję –  prowadzi do raju. Skoro ład społeczny ostatnich dziesięcioleci właśnie umiera, możemy mieć nadzieję na lepszy świat, który nadejdzie. Możemy także widzieć najbliższą przyszłość jako swoiste Ragnarök – wielką walkę sił, rozłożony w czasie dramat, w którym zmierzymy się z kryzysem.

To właśnie w takiej wizji Wielkiej Rozprawy rodzą się teorie spiskowe, a media społecznościowe stają się platformą dla paranoicznych wieszczów. Podziemie sfery publicznej – wysypisko chemitrailsów, płaskoziemstwa i Jaszczurczych Rządów Światowych – to swoista „Podsieć”, gdzie rozwijają się pomysły wykluczone ze sfery publicznej. Parę lat wcześniej takie podziemie wylało się z Internetu w postaci ruchu alt-right, prowadząc m.in. do zwycięstwa Donalda Trumpa. Jakie utajone rewolucje drzemią obecnie w grupach i forach dyskusyjnych?      

Polifonizm i nowe kosmosy, czyli co czeka nas w przyszłości?

Żyjemy w czasach transformacji, których specyfika umyka wielu pieniaczom. Przemiany biegną na wskroś dotychczasowych linii demarkacyjnych, “rozsadzając” wyobrażenia nt. lewicy, autorytaryzmu, liberalizmu i “cywilizacji Zachodu”, które dotychczas tworzyły potoczny światopogląd. Jakby tego było mało przeżywamy największy kryzys zdrowotny w XXI wieku. Gdzie można znaleźć dobre schronienie przed eskalującym chaosem?

Uwaga! Długi tekst, zaparz kawę!!! ☕☕☕☕☕☕


Mamy okazję obserwować rozkład wielkiego etapu w historii najnowszej zwanego „liberalnym globalizmem”. Z globalnych wstrząsów nieuchronnie wyłoni się nowy porządek świata, którego wielobiegunowość zdezorientuje wielu. Szlochy i krzyki poniosą się szerokim echem przez cyfrowe korytarze Internetu!

Walczące i nieprzejednane kosmosy


Niewielu potrafi dostrzec nić przewleczoną przez kolejne zwroty akcji i incydenty – poczynając od wyboru Trumpa na prezydenta, poprzez bunt żółtych kamizelek, marsz Turków na Syrię po zmianę polityki międzynarodowej przez Chiny – w której można dostrzec regularności i zaczątki nowego ładu. Nie będzie to jednak porządek apokaliptyczny, chociaż wielu o nim fantazjuje. Będzie to raczej ład wielu biegunów cechujących się dużym zróżnicowaniem i takim samym nieprzejednaniem.

Michael O’Sullivan stwierdził:


“Potencjał konfliktu pośród coraz bardziej zróżnicowanych biegunów działania jest bardzo wysoki”

Wielobiegunowość oznacza formowanie się – i utrzymanie – różnych systemów wartości, zawierających własne synonimy dobra i zła. Taka wielobiegunowość stworzy nowe zasady dużych gier; politycznych i ekonomicznych starć między mocarstwami. This is serious business! Chiny mówią własnym językiem, Ameryka własnym, Rosja własnym; doświadczamy w ten sposób polifonii kultur na najwyższym szczeblu, co jednocześnie “przecieka” do relacji społecznych i osobistych. Nie wierzę w to, że pomiędzy tymi głosami zapanuje jakakolwiek symetria – uniwersalność jest po prostu wykluczona, globalny konsensus niemożliwy. Ogarnięci ludzie będą musieli odnaleźć biegłość w wielobiegunowości i porzucić mrzonki o uniwersaliach. Spłaszczenie różnic kulturowych do powszechnej tolerancji po raz kolejny okazuje się mrzonką.

Po postmodernizmie i po liberaliźmie

Wielobiegunowość cechująca globalną geopolitykę to realny, następny krok po Postmodernizmie. Przecież fundamentalnymi wyznacznikami postmodernizmu były “Śmierć Wielkich Narracji” oraz przenikająca wszystko krytyka i dekonstrukcja. W praktyce oznaczało to dominację negujących dyskursów, które rzucały się do “dekonstrukcji” i “obnażenia” wszelkich pewników konstytuujących cywilizację Zachodu. Postmodernizm, czyli schyłkowy megatrend w historii naszej cywilizacji, zdołał utrzymać “uniwersalistyczną pozycję”, czyli stworzyć Wielki Biegun, do którego grawitowały relacje polityczne i międzyludzkie, percepcje różnych kultur, zasady “zdrowego rozsądku” i tak dalej… obecnie obserwujemy zapadanie się tego bieguna oraz symultaniczne wyłanianie nowych składających się na postglobalny ład.


Wyłaniający się, postglobalny porządek JUŻ TERAZ tańczy na grobach postmodernizmu i liberalizmu. W obecnym stadium “nowy ład” dezorientuje i nie dopuszcza do wywleczenia szczątków z mauzoleum i udawania, że trup jeszcze żyje. Śmierć liberalizmu i postmodernizmu zabierze ze sobą wiele wizji świata, które dotyczą nie tylko polityki, ale także po prostu rozumienia egzystencji i kultury.


Natomiast w samej wielobiegunowości – nieważne czy międzypaństwowej czy międzyludzkiej – jest coś ekscytującego. Zamiast udawać, że jesteśmy tacy sami i mamy uniwersalne płaszczyzny porozumienia, które tłumią i wyrzucają z interakcji mnóstwo emocji, ekspresji i poglądów – odnajdujemy pole relacji JAKO spotkanie Innych, którzy nigdy nie przestaną być Innymi.

W tym polu jest dużo nieznanego: są zalążki konfliktów, jest symultaniczne odbieranie sygnałów. W tak zarysowanym polu pojawiają się także swoiste konieczności; trzeba ogarniać złożoność i wielobiegunowość, nie chować się do swoich baniek, stać jedną nogą w swoim, a drugą robić krok w stronę “cudzego”. Tak będą wyglądały tańce przyszłości.


O ile zatem postmodernizm zrelatywizował wszelkie kosmosy czyli „Wielkie Narracje”, de facto niszcząc ich spójność i tworząc próżnię roztrzaskanych, wirujących cząstek, to następująca epoka – nazwijmy ją roboczo Polifonizmem – będzie koegzystencją i rywalizacją skrajnie różnych kosmosów dbających o zachowanie wewnętrznej spójności.

Mogą być one wewnętrznie sprzeczne, mogą także istnieć obok siebie na przekór logice dwuwartościowej – przyszłe czasy wytworzy relacje, które wcześniej jawiły się jako niemożliwe. Objęcie takiej polifonii we własnym doświadczeniu będzie wyzwaniem dla wyobraźni. Zawodowi antropologowie jawią się tutaj jako pożądani specjaliści, mający kompetencje „pomostowe”, np. biegłość w kontakcie z Innym.

Agonia duchowego supermarketu i życie w spójnym kosmosie


W chaotycznym pyle, pozostałościach po rozbiciu Wielkich Narracji, człowiek mógł dobierać sobie elementy w ramach konsumeryzmu lub New Age’u, mieszając wszystko jak mu się podobało. Powstałe konstrukty nigdy jednak nie staną się żywym kosmosem; osobistym lub wspólnym. To raczej frankensteiny rozsypujące się przy każdym kroku. Wierzę w wyłonienie się nowych kosmosów i rezurekcję starych, które skupią wokół siebie ludzi. Będzie je cechować wewnętrzna spójność, ale i pewna „porzystość”, która umożliwi koegzystencję.
Spójny kosmos składa się z wartości, odpowiedzialności, wektorów działania, praktyk i rytuałów, a także codziennych obowiązków. Prawa kosmosu są odnawiane i kultywowane w czasie. Mieszkaniec kosmosu zdaje sobie sprawę ze względności praw, które panują w jego schronieniu, jednakże poczucie względności nie prowadzi go do nihilizmu i cynizmu. Prawa są przejrzyste, ale nadal są prawami. Można je łamać i obchodzić, kiedy jest się biegłym w ich przestrzeganiu. Człowiek kocha swój kosmos – kosmos to jego ojkos, czyli dom. Spogląda z niego na symfonię sfer niebieskich – czyli inne kosmosy – jednak wie, gdzie mieszka i ma gdzie powracać. Taki działający kosmos jest najlepszym schronieniem przed złożonością nadchodzących czasów.


Wierzę także, że koegzystencja wielu kosmosów rozsadzi dotychczasowy porządek oparty na fundamentach racjonalizmu i chrześcijaństwa. Konfucjanizm, na nowo wdrażany w Chinach to jeden z przykładów radykalnie odmiennego kosmosu. Inne przykłady to uogólniony „ład przedchrześcijański” lub ład Islamski. Na przykład dyskutowanie praw kobiet „pomiędzy kosmosami” nie może cechować się fałszywym uniwersalizmem. W Zachodnim systemie wartości miejsce kobiety w Islamie jest nie do przyjęcia; w kosmosie islamskim autonomia kobiet jest także nie do przyjęcia. Podobnych różnic nie należy zakłamywać; należy je przyjąć i rozumieć polifonicznie.
Dotychczas, komunikacja międzykulturowa była obstawiona bypassami, które protezowały spotkanie Innych, czyniąc je „bezstresowym” aż do bólu. Mam nadzieję na destrukcję takich bypassów, które tylko udawały międzykulturowe porozumienie i generowały mnóstwo ukrytych skutków ubocznych. Instytucjonalną postacią takich bypassów są regulacje Unii Europejskiej, które miały “zarządzić” różnorodnością i „wsadzić” ją w sztuczny agregat mający „pogodzić wszystko i wszystkich”. Pasmo porażek tych pomysłów tworzy coś w rodzaju „sekwencji wybuchów” w obecnej dekadzie. Oficjalne ogłoszenie śmierci tego modelu nastąpi podczas dekady następnej, czego oczekuję z niecierpliwością.

Co dobrego przyjdzie nam z Czasów Zarazy?

Aktualną wisienką na torcie przemian jest oczywiście Pandemia, która zmusiła Zachodnie społeczeństwa do gwałtownego przeorientowania życia. Obejmuje to zarówno wielkie zębatki gospodarki jak i życie codzienne. Aktualna sytuacja może potrwać dwa tygodnie albo parę miesięcy. Jeżeli potrwa dłużej, w naszej rzeczywistości mogą zajść nieodwracalne zmiany. Pozwólmy sobie na parę ożywczych hipotez.

Mogą to być między innymi fundamentalne zmiany w systemie pracy i edukacji. Aktualny tryb pracy etatowej zmuszający pracowników do siedzenia w biurze jest reliktem czasów powojennych. Jeżeli wymuszona pandemią praca zdalna upowszechni się, część społeczeństwa może mieć nadzieję na wyzwolenie od zmory pracy biurowej. Oznacza to potężne uwolnienie sił życiowych, które od poniedziałku do piątku, w wymiarze masowym kisną w biurach i openspejsach.

Inna hipoteza dotyczy spowolnienia potężnej maszyny przemysłowej, co wiąże się m.in. z emisją tlenku węgla. Badania prowincji Hubei już parę tygodni temu ujawniły znaczący spadek zanieczyszczenia powietrza, które w Chinach już dawno osiągnęło katastrofalne rozmiary. Być może nie koronawirus, lecz inna pandemia – na którą WHO przygotowane jest od połowy zeszłego roku – transformująco wpłynie na procesy, które przyczyniają się do wyniszczenia naszej planety.

Inna hipoteza dotyczy wpływu pandemii na życie codzienne. Wymuszona izolacja społeczeństw oznacza bowiem zmierzch Człowieka Masowego, który nadawał ton codzienności XXI wieku. Znaczne przeniesienie życia do zamkniętych przestrzeni może oznaczać takie przekształcenie usług, które osłabi przemożny trend “tworzenia produktów dla wszystkich”. Krótko: im mniej masowości, tym lepiej dla wszystkich. Tworzenie produktów i usług dla “everymana”, anonimowego Człowieka Masowego odbija się negatywnie na jakości, np. w kursach mindfulness. Podobnie globalne łańcuchy transportowe tworzące miraż “wszystkiego dla wszystkich” – te same,które dostarczają na stół awokado, olej palmowy czy inne dobra z wyższej półki Identyczny trend wynika z zamykania granic państw. Patrząc wstecz na postmodernistyczną próżnię wydaje się bowiem, że człowiek roztopiony w globalności nie jest tak szczęśliwy jak jednostka zakorzeniona w lokalności. Oczywiście nie przeczy to korzystaniu z dobrodziejstw świata dzięki technologii. Powstaje tzw. glokalność, która obejmuje zarówno potencjał, jak i porządkujące go granice.

Ograniczenia towarzyszące pandemii są swoistym głosem rzeczywistości. Dzięki nim budzimy się z regresywnej, właściwej dzieciom wizji, że wszystko się należy a płytko pojmowana swoboda jest absolutną zasadą życia. Dopiero realne granice i czające się za nimi zagrożenia mogą zrewidować ten zgubny pogląd.

Erupcja społecznego niepokoju i idące za nią działania mogą także przebudzić nas z naiwnego snu przeracjonalizowania, który tłumi i potępia mnóstwo emocji i instynktów. Zamiast udawać “zdroworozsądkowych” możemy poczynić kroki w kierunku zintegrowaniu wszystkich emocji rodzących się w kontakcie z zagrożeniem. Oznacza to jednak głębokie przeorientowanie obecnego światopoglądu.

Nie oszukujmy się; obecne stadium epidemiczne to małe miki w porównaniu z tym, co może przynieść profileracja koronawirusa, inne wirusy lub bakterie odporne na antybiotyki. W świetle analiz WHO Pandemię należy uznać za początek, a nie kulminację. Na takie scenariusze trzeba być przygotowanym i nie jest to jakiś “alarmizm”. Pozostaje mieć nadzieję, że rządy i sektor prywatny wykształcą odpowiednie mechanizmy, które nieodwracalnie zmienią codzienność, jaką znamy.

Otwieranie serca

Czy gdybyś wiedziała, że istnieje w Tobie miejsce, które jest nieograniczonym źródłem pozytywnych jakości, to zechciałabyś się tam udać? A co jeśli podróż ta wymaga bezwzględnej szczerości i porzucenia wszystkiego co znasz? Nadal jesteś chętna? To zapraszamy do podróży w głąb przestrzeni serca!

Odpowiednio rozwijana praktyka medytacyjna otwiera serce. Najpierw powstaje niewielka wyrwa, poprzez którą uświadamiasz sobie ukryty potencjał miłości i swoje dotychczasowe słabości. Poprzez stopniowe wyciszenie, rozluźniasz kolejne warstwy napięcia i docierasz do głębszych, przykrytych warstw siebie. Przypomina to roztapianie lodu, który taja dzięki ciągłemu i coraz intensywniejszemu kontaktowi z ciepłem. Z czasem odkrywasz zarówno własne siły, jak i słabości oraz ograniczenia. Stajesz przed lustrem, stopniowo zdejmując kolejne warstwy ubrań. Początkowo może przerazić Cię to co widzisz, jednak zaczniesz w końcu patrzeć na swoje rany z coraz większą swobodą. Kiedy przestaniesz odwracać wzrok od siebie rozbudzi się w Tobie odczucie przyjemnej ulgi i zaufania – skoro widzisz siebie jaką jesteś, nie musisz stwarzać się na nowo. Zyskujesz dzięki temu odczucie uwolnienia i kompletności, będące źródłem ciepła i błogiej radości.

Miejscem w której odbywa się ten proces samopoznania jest przestrzeń ciała fizycznego, jednak przede wszystkim serce, będące centrum naszej emocjonalności. Serce nie jest tutaj metaforą. To żywe, somatyczne doświadczenie.Co czujesz na widok uśmiechu bliskiej osoby, czym jest ta radość? Falą ciepła, która delikatnie przemieszcza się od Twojego serca do twarzy i unosi Twoje usta i oczy!

Otwarcie serca to wyraźne i jasne odczucie ciepła i miłości wylewające się fizycznie z Twojej klatki piersiowej. Początkowo, doświadczasz delikatnego i przejściowego ciepła, jak gdyby muśnięcia podobnego do echa kropli spadającej na taflę podziemnego jeziora. To prawie niewidoczna kropla, wywołuje delikatną falę w nieskończonej powierzchni. Odczucie to odciśnie w Tobie ślad – choć krótkie, zafascynuje Cię i zapragniesz tam powrócić.

Z czasem drzwi serca będą otwierać się będąc coraz szerzej. Ciepło nabierze wyrazistości, zaczniesz czuć coraz dokładniej jego kształt i dynamikę, a także kierunek przemieszczania się radosnego odczucia lekkości i uniesienia. Nadal uważasz, że otwarcie serca to tylko placebo czy inne złudzenie? Chwilowe, mgliste doświadczenie? Medytuj codziennie, aż ciepło otwartego serca zacznie obejmować inne osoby i codzienne czynności. Wtedy rozpoczniesz naukę utrzymywania kontaktu z sercem coraz dłużej; całymi godzinami, dniami a w końcu tygodniami! Stopniowo zapomnisz jak to było kiedyś. Co zaś odpowiesz, kiedy zostanie Tobie zadane pytanie „o co chodzi z tym otwarciem serca? Czy to jakaś poznawcza metafora”? Nic, po prostu będziesz emanować miłością!

Spoczywając w otwartym sercu uzdrawiasz siebie – odczuwasz stopniowe roztopienie bólu. Jak gdyby Twój życiowy dyskomfort rozpuszczał się, wrzucony do ciepłej wody. To powolny proces. Najpierw, ciepło będzie niewyraźnym tłem dla uścisku i napięcia, choć wraz z rozwojem praktyki zacznie ono ogarniać co raz większe obszary Twojej osobowości. Na poziomie poznawczym, literatura poświęcona medytacji ujmuje ten proces jako odpuszczanie / puszczanie czy właśnie rozpuszczanie. W metaforze tej proces „puszczania” jest przeciwieństwem “chwytania” (en. attachment). Ciągłe chwytanie kurczy zmęczone mięśnie palców i nadgarstka. Otwieranie serca jest rozpuszczaniem tego uścisku, po którym pojawia się ulga wynikająca z naturalnego odpoczynku dłoni. Dlatego też sednem religijności nie jest zdobycie nowej tożsamości, a rozpoznanie własnej natury poprzez zdjęcie zasłony iluzji.

Właściwa praktyka medytacyjna opiera się na dwóch filarach – intelektualnym zrozumieniu oraz zakorzenieniu percepcji w doświadczeniu ciała.

Zachodnia kultura adaptuje przekaz tradycyjnych duchowych nauk filtrują je przez sito intelektu. Jednak metafory poznawcze, jakkolwiek nie byłyby trafne, we większości przypadków prowadzą do nadmiernej koncentracji na obszarze głowy, zamiast spoczywania z zaufaniem w przestrzeni serca. Prowadzi to do kompulsywnego poszukiwania „tego jednego stanu”, które skutkuje fiksacją na opracowywaniu idealnych technik. To z kolei prowadzi do frustracji, które jeszcze bardziej odcina od współczucia i spontanicznej radości. Z drugiej strony, New Age czy też „internetowa” duchowość, nakierowane są na bezrefleksyjne pompowanie w serce pozytywnych odczuć. To prowadzi do odlotu –przyjemnego, choć długofalowo szkodliwego haju. Nadmierna kumulacja odczuć w sercu prowadzić może też do stanów maniakalnych czy podobnych do obłędu. Nie wystarczy bowiem wprowadzać energii wprost do serca, sztuką jest jej odpowiednie rozprowadzenie ją po całym ciele – uczą tego wszystkie tradycje duchowe. Przykładowo, w taoistycznej alchemii qi qong energia z serca sprowadzana jest do podbrzusza, gdzie z kolei wznoszona jest wzdłuż pleców do czubka głowy, skąd znów spływa przodem ciała, domykając obieg (tzw. mały niebiański obieg).

Dlatego też, należy rozwijać wiedzę dotyczącą medytacji, jednak samą praktykę bezpiecznie jest i bezpośrednio na doświadczeniu ciała i serca (medytacja ucieleśniona).  Punktem wyjścia do praktyki nie jest koncepcja docelowego stanu (np. wyciszenia czy natury umysłu), a sam akt zwrócenia uwagi na ciało. Dzięki temu tworzymy nawyki zakorzeniania się w ciele, chroniące przed popadnięciem w neurotyczne rozmyślania.


Kiedy pogłębisz swój kontakt z sercem, odczucie ciepła i błogości zleje się z całym Twoim ciałem.Twarde granice Twojej tożsamości zmiękną. Staniesz się gąbką, która w końcu nasiąknie błogim ciepłem wypływającym z serca! Wtedy, miłość zacznie promieniować na zewnątrz i  emanować w nieskończoną przestrzeń! Wzruszenie i wdzięczność wzbudzać będzie w Tobie chęć obejmowania w sercu innych. Pojawi się wtedy przemożna chęć obdarzania innych ekspresjami miłości.

Otwarte serce to esencja religijności. To Twój obowiązek, nie ważne jaką religią podążasz! To również Twoja istota jako człowieka, do której tylko czasami masz dostęp. Ale ostatecznie, nie możesz od niej uciec, możesz się tylko od niej oddzielić. Choć prędzej czy później uświadomisz sobie, że współdoświadczanie miłości z innymi jest jednym z filarów człowieczeństwa. Oczywiście miłość konwencjonalna, z partnerem, dziećmi, rodzeństwem czy przyjaciółmi jest ważna. Jednak miłość religijna jest względnie permanentna i obejmuje wszystkie obiekty, które po wejściu z nią w kontakt stają się bezkształtnym, płynnym i błogim nektarem.

Opór w medytacji to kwestia osobistej relacji z pracą

Większość artykułów o popmedytacji przekonuje, że to sama przyjemność, która powinna być pozbawiona wysiłku. Jeżeli czujesz wysiłek, “puść to!” czym prędzej! My nie zgadzamy się z tymi receptami; medytacja jest pracą, to jednak nie oznacza zmuszania się i znoju. Wręcz przeciwnie.

Dlaczego ludziom się nie chce?

Człowiek zmusza się do czegoś wtedy, kiedy nie chce tego robić – to jego intencja decyduje o oporze, nie zaś wykonywana czynność. Jeżeli nie chcemy czegoś robić to – paradoksalnie – możemy nadal tego nie chcieć, robiąc to. Opór nie znika wraz z podjęciem działania. Wówczas człowiek wikła się w sprzeczność, zaś “rozpoczynanie” i “kończenie” działania nabiera niepotrzebnego nerwu. Przypomina to samochód jadący z zaciągniętym hamulcem. Z takiej postawy rodzą się unikowe myśli, które usiłują “obejść” blokadę – przekładamy coś w nieskończoność aż siadamy do tego na ostatnią chwilę. Ta dziwna zabawa wynika z niewłaściwego punktu wyjścia.

Czytam książki, a one medytują za mnie

Jeżeli traktujemy medytację jak “eliksir na wszystkie problemy”, który “redukuje stres, co potwierdzają badania naukowe” gdzie wystarczy tylko “utrzymywać uważność” albo “po prostu nie myśleć” to mimowolnie przerzucamy odpowiedzialność na koncepcje, które mają medytować za nas. Jakbyśmy nie mogli po prostu zacząć i zbadać sprawy samemu! Kiedy dokonujemy takiego przeniesienia powstaje głód przyswajania nowych treści na temat medytacji, które staną się kolejnym stopniem, na którym postawimy stopę. Stopnie jednak zużywają się, więc potrzebujemy intelektualnego recyklingu aby podtrzymać praktykę. Taka postawa świadczy o niesamodzielności.

Równie niedobrze działa patrzenie na medytację jako na “wyniosłą czynność”. Regularnie dziwią mnie pytania początkujących: “czy już medytuję, czy to jest prawdziwa medytacja”? Umysł poszukuje czegoś, co cechuje niejasna, ale często niedosiężna ranga. W koreańskim zenie nazywa się to “sprawdzaniem umysłu”.

Dlatego właśnie pogląd na temat medytacji jest tak istotny. Jeżeli startujemy z poglądem, który naładowany jest “dodatkami” które próbują nas czegoś przekonać – podświadomy umysł najpewniej zacznie poszukiwać tego, czego miał unikać. Pojawią się pytania i wątpliwości, które wynikają z wizji na temat medytacji przejętej z zewnątrz. Spróbuj innego punktu wyjścia. Żaden fakt na temat medytacji nie przekona Cię do niej; żaden nauczyciel ani kurs nie “sprzedadzą” Ci medytacji. Najpierw potrzebne jest objęcie medytacji jako pracy.

Zastanów się, jakie jest Twoje ogólne, najprostsze podejście do pracy jako zasady.

Lubisz ją czy nie? Forsujesz się jak pracoholik, lenisz jak prokrastynator? Przyspieszasz, hamujesz? Jaka jest Twoja relacja z zasadą pracy? Przyjrzyj się tej relacji na przykładzie drobnych obowiązków; zaobserwuj to w pracy zawodowej. Pytaj siebie: czym jest dla mnie praca? I patrz co się dzieje. Przeniknij swoje niechęci i prześledź, czy dotyczą one aktualnej czynności czy pracy jako takiej? Wiele niechęci do wykonywanego działania wynika bowiem z niechęci do pracy jako takiej. Czasami zaś niefortunne zajęcie obrzydza pracę w ogóle. Innym razem to rodzice, nauczyciele lub pracodawcy obrzydzają zasadę pracy poprzez forsowanie, przymus, kary i obostrzenia. To właśnie TUTAJ leży punkt wyjścia, którego uzdrowienie przesądza o zdolności do długotrwałej, rozkwitającej medytacji.

Jeżeli bowiem chcemy traktować medytację jako “coś innego” – relaks, mistyczną przygodę, czysty odpoczynek, wielki ratunek, psychodeliczny trip, zatracenie ja, drogę do oświecenia – tworzymy bypass, który OMIJA prosty fakt pracy jako takiej. Kiedy zakładamy bypass, to usiłujemy przeskoczyć coś, co jest w nas; skazujemy się automatycznie na trudności, przegrywamy wyścig zanim go rozpoczniemy. W rezultacie, proces staje się poszarpany a władze umysłowe zaczynają działać przeciwko nam. Na przykład “zapominamy” medytacji wypierając ją ze świadomości, albo przytłacza nas myślenie w jedynej wolnej godzinie, kiedy w końcu możemy usiąść. Wcześniej zaś spędzamy cały dzień katując się, że “skoro sobie obiecaliśmy, to trzeba będzie to zrobić”; doświadczamy wtedy zniekształcenia odpowiedzialności, którego nie da się przeskoczyć – konieczne jest zrewidowanie poglądów. 

Każdy medytujący podąża ścieżką heroiczną

Właśnie dlatego niektóre odosobnienia medytacyjne obejmują pracę fizyczną; człowiek może bowiem doświadczyć harmonijnej ciągłości łączącej sesje medytacyjne z czasem na mycie naczyń czy sprzątanie budynku. Czynności zmieniają się, my zaś utrzymujemy nie tyle uważność czy spokój, ale postawę zgody oraz wewnętrznego heroizmu który ochoczo bierze się za to, co życie akurat podsuwa. To właśnie heroizm, milcząca odwaga, ochoczość jest istotą pracy. Heroizm odwraca domyślny stan rzeczy; bierzemy się ochoczo za trudności zamiast ich unikać, a dzięki temu trudności przestają nimi być w trakcie ich wykonywania. Nie zrywamy jednak połączenia z zadaniem, nie robimy z niego zabawy; zachowujemy celowość i zadaniowość, które są typowe dla pracy. Wtedy możemy ją wykonać do końca. 

Kiedy zejdą się w Tobie elementy, które opisałem wyżej z ogromnym prawdopodobieństwem Twoja medytacja nabierze “ikry” a także – co bezcenne – zaczniesz za nią tęsknić. Tęsknota wynika z głębokiego przeczucia, że dobra robota daje spełnienie; a w medytacji możemy się spełniać jak w niczym innym.

O miłości transcendentalnej

„ – Szukam przyjaciół. Co znaczy „oswoić”?
– Jest to pojęcie zupełnie zapomniane – powiedział lis. – „Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”.
– Stworzyć więzy?
– Oczywiście – powiedział lis. – Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty także mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie. „

– Antoine de Saint Exupéry, Mały Książe

Niektóre relacje są bodźcami do nagłego wzrostu, który zaskakuje nas i naszych bliskich. Jak powstaje sprzężenie, które może wystrzelić dwójkę ludzi na orbitę i jaką zasługę ma w tym medytacja? Poniższy tekst jest impresją na temat doświadczeń miłości transcendentalnej.

Niekiedy spotykamy osoby, z którymi nawiązujemy wyjątkowy rodzaj relacji. Dzięki niej możemy dotrzeć do “miłości transcendentalnej”. Mam tu na myśli rodzaj miłości, który przekracza codzienne, konwencjonalne zależności, a jego podstawą stają się subtelne doświadczenia wglądu i przezroczystości. Owa przezroczystość to sytuacja cudownego wręcz dopasowania – możemy być całkowicie szczerzy z drugą osobą, nie tylko na poziomie treści komunikacji, co samej struktury relacji. W takiej relacji odkrywamy wzajemne spirale kontaktu i wypływające z nich warstwy intymności i namiętności. Przykładowo, jedna osoba w parze może wlewać swoją niepohamowaną ekspresję w drugą, na co codziennie nie ma przestrzeni w innych relacjach, podczas gdy druga staje się naczyniem, w które energia ta jest przelewana. W pewnym momencie obie osoby uzyskują graniczny poziom stymulacji, który prowokuje eksplozję wcześniej nagromadzonych odczuć. Wzbudza to ekstatyczne doświadczenie jedności i rozpuszczenia granic Ja. Konfiguracji takiej relacyjności jest wiele. Nie ma jednej uniwersalnej opcji. Podczas gdy w jednej relacji osoba silnie ekspresyjna może płynnie stymulować drugą osobę, to w drugiej może z kolei odnajdywać spokój w biernej obserwacji aktywności innej osoby. Podstawą tej relacji jest po prostu umiejętność wzajemnego dopasowywania się do siebie, w której relacja zaczyna przypominać swobodny taniec.

Relacja oparta na takiej miłości rozpala dynamikę, w której powstają odżywcze wglądy; budują one relację i nas samych. Chodzi właściwie nie tyle o konkretne relacje, ale specyficzne okresy ich trwania, które wywołują sekwencje emocji i wglądów. Żar miłości transcendentnej może także rozbudzić się w wieloletnich, wydawałoby się, statycznych relacjach.  W takim procesie dochodzi do przewartościowania postrzegania, zaś doświadczenie miłości nasyca się światłem, poczuciem spełnienia i kompletności, a nawet błogości. Relacje takie mogą stać się bodźcem uruchamiającym nagły wzrost, który uruchamia zasoby zgromadzone dzięki m.in. praktyce medytacyjnej.

Istotą miłości transcendentalnej jest świadomość każdego scenariusza i równoważenie serc pomiędzy skrajnościami. Nie zatrzymuję Cię, ale to nie znaczy że chcę, żebyś odeszła! Kocham Cię, ale to dlatego właśnie nie mogę Cię zatrzymać! Nie jesteś moja, ani ja nie jestem Twój. Należmy do siebie, ale nie na “własność”. Miłość to zdolność do przedkładania Twojego dobra ponad moje własne, choć kiedy czynisz to samo, stajemy się jednym organizmem.

Kiedy pokochamy się wzajemnie odkryjemy wzajemne dopełnienie i odnajdziemy zdolność do swobodnego przemieszczania się względem siebie. Ruch ten nie będzie jednak aktem woli każdego z nas z osobna, a w doświadczeniem wspólnego, samoistnego przemieszczania się względem siebie. Wtedy nasza relacyjność zacznie pulsować, choć rytm ten nie będzie podtrzymywany przez nas osobiście. Przestrzeń naszej relacji stanie się żywa, a samo doświadczenie tej organiczności stanie się centralnym doświadczeniem tej relacji, ważniejszym od jej treści.

Kiedy Cię pokocham, otworzę dla Ciebie drzwi. Kiedy Ty pokochasz mnie, wejdziesz przez nie i się spotkamy. Odkrywam wtedy, że paradoksalnie, zbliżam się do Ciebie najbardziej kiedy zostawię drzwi uchylone, akceptując zarówno Twoją obecność, jak i nieobecność. Wiem, że nie mogę zmusić Cię ani do odejścia, ani do pozostania. Jeśli jest nam to dane, to Ty przybędziesz, a ja będę w gotowości Cię przyjąć. A nawet jeśli nie będę, to poczekasz i przekroczysz próg kiedy będzie to możliwe. Wtedy obejmę Cię bez słowa. Będziemy razem tak długo jak będzie to możliwe, a ja wypuszczę Cię bez słowa, kiedy zajdzie taka potrzeba. Bo mimo że jesteś “u mnie”, to nie trzymam Cię kurczowo. Kiedy odejdziesz, będę tęsknił, ale zrozumiem, że potrzebujesz się oddalić. Wrócisz, a ja znowu Cię przyjmę, jeśli tylko będę w stanie. Dopóki jesteśmy przezroczyści, to wszystko jest dobre. Po prostu wiem, że nasza szczerość i otwartość spowoduje że zawsze podejmiemy właściwą decyzję, jakakolwiek bo ona nie była.

Wiem, że mogę liczyć na wzajemność. I czuję się świetnie, kiedy Ty kochasz mnie tak samo, zarówno gdy przychodzę i odchodzę. W takim układzie jesteśmy razem nawet wtedy, gdy fizycznie jesteśmy osobno. Ile potrwa ta relacja? Może całe życie? A może tydzień? Nie wiemy, ale to nie ma znaczenia. Będziemy tak długo, jak będzie nam dane. A nawet gdy się rozstaniemy i nigdy nie spotkamy się ponownie, będę kochał Cie do końca swoich dni.

Krótka historia Uważności: Złe myślenie

Medytacja “mindfulness” i większość Zachodnich “duchowości” ma coraz mniej wspólnego z dharmami medytacyjnymi powstałymi w Azji. W cyklu “Krótka Historia Uważności” przeczytasz, jak potężną konwersje przeszła medytacja kiedy została spopularyzowana i skomercjalizowana na Zachodzie. Poniższy artykuł poświęcony jest szkodliwemu rozumieniu pop-medytacji jako “wyłączaniu myślenia”.

Mindfulness: pomaga na wszystko, pochodzi znikąd

W marketingowych tekstach nt. mindfulness odnajdujemy sprzeczne hasła: naukowość, mistyczność, terapeutyczność – wszystko to jakoś mieści się w tej koncepcji, przedstawianej jako cudowne i proste remedium. Poczynając od D. T. Suzukiego, mindfulness ukazywane jest jako uniwersalna technika, a nawet “rdzeń wszystkich religii” która zarazem pasuje do wszystkiego. Nie przeczy to wiązania mindfulness z tradycjami orientalnymi, przy podkreśleniu niezależności.

W rzeczywistości mindfulness jest produktem powstałym w konkretnych czasach. Ma także swoje ograniczenia kulturowe (świecki, liberalny ład USA i Europy Zachodniej) oraz czasowe (schyłek XX wieku i początek XXI, koniec II wojny światowej). Okres charakteryzuje swoiste zaćmienie; odrzucenie przeszłości i tworzenie bezczasowych lub “nowych” tworów. Mindfulness jest jednym z nich i jest to twór szczególny, obejmuje bowiem “całe życie” oraz intymność emocji, uczuć, wrażliwość i tak dalej.

Mindfulness miał być także kompromisem, w którym technika zostaje oddzielona od “zacofanego” religijnego systemu nakazów i zakazów. To oddzielenie – wyjęcie medytacji z tradycyjnego kontekstu w którym powstała i przerzucenie jej w racjonalistyczny i mierzony badaniami ilościowymi świat świeckiego liberalizmu – było operacją na otwartym sercu, dzięki której powstał produkt zwany “mindfulness”. Mówimy więc o “narodzinach uważności”, po których natychmiast przedstawiono ją jako bezczasową i odwieczną, czyli poddano naturalizacji.

Ten projekt trwał dobre parę dekad i uważam, że zakończył się porażką. Nie da się jednak spojrzeć na “uważność” uczciwie, dopóki nie odczaruje się jej z aury, którą ją oświetlono. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi “uważność” jest swoistą kotwicą egzystencjalną, do której wciąż powracają i upatrują nadziei na poprawę swojego losu (czy np “obniżenie stresu”). Dla innych zaś jest to po prostu sposób zarobkowania. Skoro powstały instytuty, fundacje i kursy, istnieje także status quo i wiara w skuteczność metody. Nie chodzi wyłącznie o skuteczność; chodzi o wiarę w obecny kształt “uważności”, który jest przedstawiany jako coś naturalnego, oczywistego, obiektywnego. I właśnie to czyni sam projekt pokrętnym, a być może także szkodliwym.

“Uważność” jest coraz głębiej “zakodowana” w myśleniu potocznym i wielokrotnie była przedstawiana jako “eliksir na wszystkie problemy”. Po prostu obserwuj, po prostu bądź tu i teraz…po prostu bądź uważna. I to wystarczy. Taki uproszczony dyskurs może wytwarzać mnóstwo stłumień i pokłady ukrytej, wewnętrznej agresji skierowanej na to, co jest wskazywane jako złe.

Dlaczego myślenie jest złe?

Popularyzacja mindfulness oznacza zalanie Internetu pseudo-psychologicznymi treściami, które drastycznie upraszczają złożoność funkcjonowania ludzkiej percepcji będącego wypadkową osobowości, woli i środowiska działania. Oczywiście dzieje się tak ze wszystkim co trafia na łamy plotkarskich stron i do “telewizji śniadaniowej” jednak medytacja jest czynnością tak newralgiczną, że streszczenie jej w “fajny” i sprzedażowy sposób może pogrążyć temat.

W mindfulness, medytacja definiowana jest jako “celowe skierowanie uwagi na to, co doznaje się w danej chwili”. Nie mówiąc o fundamentalnie błędnym rozdzieleniu “uwagi” od “danej chwili” sprzecznego z wiedzą neuropsychologiczną, takim zaleceniom zawsze towarzyszy negatywne, choć często zakamuflowane, zwartościowanie myślenia oraz emocji.

Myślenie przedstawiane jest jako przeszkoda, której usunięcie pozwala np. na “pełne doświadczanie chwili obecnej”. Taki pogląd jest odzwierciedleniem wczesnych etapów treningu medytacyjnego, w których praktykujący dopiero sieje nasiona dojrzałości. W kolejnych etapach praktyki treść doświadczenia zostaje bowiem zintegrowana w nowej strukturze funkcjonowania percepcji. Innymi słowy, potrzebujemy dystansu od myśli na jakiś czas – nie jest to jednak sytuacja ostateczna.

Mindfulness sprzedawany jest także jako “wyzwolenie od filtru ukształtowanych wcześniej poglądów”. Podobne założenia są fałszywe. Filtry poznawcze są osadzone znacznie głębiej niż w “myśleniu” pojawiającym się na powierzchni umysłu. Nie znikną one, gdy przestaniemy myśleć. Nadal będą brały udział w naszym doświadczeniu.

“Myślenie” jest także wielokrotnie wskazywane jako sprawca problemów, stresu, lęków i depresji, np:

“Człowiek w swoim życiu często tkwi w tym, co było, minęło, roztrząsa niepomyślne wydarzenia z przeszłości lub wybiega w przyszłość, zamartwiając się o nią. W ten sposób zupełnie zapomina o teraźniejszości, a dodatkowo dochodzi do zaburzenia wewnętrznej równowagi emocjonalnej, a co za tym idzie – do rozwoju zaburzeń lękowych, a nawet depresyjnych. Aby temu zapobiec, należy wprowadzić umysł w stan najwyższego skupienia.” – ŹRÓDŁO

Jest to symptomatyczne dla dyskursu “uważnościowego” rozumowanie, powielane w dziesiątkach postów i w podpisach motywujących obrazków. Rzadko kiedy dochodzi do sprecyzowania, czym jest to “złe myślenie” – a rozmyte granice przy takich zaleceniach tworzą ryzyko tłumienia i cenzurowania siebie. Pseudo-mistyczne frazy uniemożliwiają tu wnikliwą analizę; “po prostu nie myśl, to myślenie wytwarza problem”.

W rzeczywistości, martwienie się i odklejenie od teraźniejszości jest raczej SKUTKIEM problemów, niż ich przyczyną. Identyfikowanie przyczyn zaburzeń lękowych i depresyjnych z powierzchownym procesem “myślenia” tworzy zniekształcone wyobrażenia zarówno na temat zdrowia, jak i zaburzeń psychicznych. Czym właściwie jest to “myślenie”? W nauczaniu buddyjskim przeczytamy o tzw. papañca czyli konceptualnym nawarstwianiu. Jest to “rodzaj myślenia, który wywołuje konflikt”, a także myślenie zafiksowane na “Tobie jako podmiocie”. Innymi słowy papañca nie fiksuje się na przeszłości i przyszłości, ale na podmiocie/ego w przyszłości i przeszłości. Myślenie o sobie w taki sposób – niezależnie od tematu – pęta i zacieśnia umysł.

Popularniejszy w Azji termin xinyuan – czyli małpi umysł – opisywany jest jako zaburzony, niespokojny, kapryśny, niestały, zmieszany i niezdecydowany stan świadomości. Nauki dotyczące papañca i xinyuan są dalekie od ogólników powielanych w mindfulnessowych artykułach. Nie ukazują także papañsy jako wroga dobrego samopoczucia. W Sabbāsava Sutta możemy za to przeczytać jak powstaje papañsa.

Jeżeli myślenie zafiksowane na “ja” jest przeszkodą w doświadczaniu, to jaki ma sens praktykowanie medytacji na hiper-indywidualistycznym i zatomizowanym Zachodzie?

Refleksja jest tutaj dosyć jasna: mindfulness łagodzi i uśmierza nie tylko stresy i napięcia wynikające z chorób cywilizacyjnych, ale także dyskomfort życiowy, którego przyczyny są fundamentami liberalnego, świeckiego Zachodu.

Zmiękczenie Ja w My

Medytacji nie da się praktykować wyłącznie samemu. Jednym ze sposobów na złagodzenie atomizacji, która wpływa na generowanie papañsy jest zaangażowanie się w jakąś praktykę grupową. Pisaliśmy już o tym tutaj:

W skrócie: “medytacja” praktykowana podczas kursów raczej cementuje indywidualizm praktykującego, zamiast łagodzić go w ramach długotrwałej i opartej na poświęceniu wspólnoty. Kursant czy uczestnik to konsument, który kupuje usługę i oczekuje określonego rezultatu. W Ortopraksie rekomendujemy “uspołecznienie” swojej praktyki w ramach wybranej tradycji. Natomiast kursy i spotkania mindfulnessowe są raczej surogatem wspólnoty medytujących.

Podsumowanie: Uważne spojrzenie na “Uważność”

Znakomicie zdaję sobie sprawę z faktu, że koncepcja uważności była wielokrotnie przerabiana, rozwijana i opracowywana. Nie chodzi mi jednak o intelektualne doprecyzowanie, tylko o to, co zapada w pamięć i staje się elementem potocznego poglądu. Chodzi o heurystyczne składniki koncepcji uważności, które na których nadbudowane są zawiłe, afirmatywne elaboracje i naukowe “dowody”.

To właśnie te fundamenty są widoczne w prostych, spontanicznych wypowiedziach adeptów i instruktorów “mindfulness”. Poszukując ich, możemy ujrzeć pierwotny kształt tego potężnego przedsięwzięcia jakim było przeszczepienie medytacji z jednej cywilizacji do drugiej. W 2019 roku, kiedy dotychczasowe “oczywistości” liberalnego ładu powoli walą się w gruzy, warto spojrzeć na Uważność jako na projekt urodzony z konkretnych czasów i mentalności.

Dzięki temu możemy zobaczyć zaskakujące, a nieraz bolesne ograniczenia “totalnej uważności”, przede wszystkim w praktyce życiowej. Uważność ma być przede wszystkim praktykowana, jest to aktywność etyczna, która w założeniu ma “zredukować stres”, “uwolnić od myśli” ,”przepracować problemy” a także – pod pewnymi warunkami – “otworzyć na smak oświecenia” (tutaj wkraczamy już na szarą strefę gdzie świecki mindfulness spotyka się z orientalną mistyką).

Jakie zatem skutki przyniesie nam praktyka tak okrojonej i specyficznie rozumianej medytacji? Czy mindfulness może być szkodliwy dla zdrowia psychicznego lub temperamentu emocjonalnego? Gdzie zaprowadzi nas taka wizja praktyki? Czym naprawdę jest “redukcja stresu”? W cyklu Krótka Historia Uważności chcemy podjąć próbę odpowiedzi na te pytania; uczciwie i krytycznie, lecz bez krytykanctwa. Naszą intencją jest zaproponowanie takiej wizji praktyki medytacyjnej, która zerwie ze złymi pomysłami, które nie sprawdziły się na Zachodzie przez ostatnie lata…i będzie próbą pomyślnej transmisji kulturowej medytacji ze Wschodu na Zachód.

Zapraszamy do śledzenia naszych wpisów cząstkowych w kategorii “Krótka Historia Uważności”.

POLECANE ŹRÓDŁA:

Dynamika medytacji & odkrycia głębokiego umysłu

Większość artykułów na temat medytacji stara się przekonać czytelnika dlaczego warto ją praktykować. W tekście poniżej zajmiemy się samą dynamiką praktyki; co naprawdę dzieje się, kiedy siedzisz na poduszce? Czy można opisać ten proces tak, aby ujrzeć go nakierowanym, wewnętrznym okiem? Wreszcie, co można odkryć podczas medytacji?

Podstawowym nieporozumieniem na temat medytacji są słynne, hasłowe frazy o “utrzymywaniu uważności” i “nie myśleniu”. Musimy rozprawić się z tymi kliszami aby odgruzować przestrzeń, w której rozwija się praktyka. Marketingowe wabiki mogą na moment zahaczyć uwagę, moim zdaniem jednak utrudniają długofalowy proces. Głównym problemem haseł promujących medytację jest zagracanie przestrzeni doświadczenia. Wynika to z prób “wyjaśnienia” i “przekonania” do medytacji. Przypomina to broszury reklamowe odległych krajów: “Odkryj tajemniczy Egipt!” “Zwiedź egzotyczne wyspy, spotkaj umięśnionych Maorysów!” Zamiast takich podchodów, spróbujmy OPISAĆ medytacyjną dynamikę. Odkryjemy w niej kosmos doznań i przeżyć.

Jak możemy opisać medytację?

Przede wszystkim, zapomnij o dążeniu do jakiegokolwiek stanu; medytacja jest procesem odświeżania percepcji. Takie odświeżanie przytrafi się paręnaście razy podczas jednej z sesji. Odświeżanie, aktualizowanie, otrząsanie się. Czy zauważyłaś kiedyś, że jeżeli patrzysz nieruchomo w jeden punkt to coś dziwnego zaczyna dziać się ze wzrokiem? Właśnie wtedy umysł potrzebuje zmiany; mikro-zwrotu, który orzeźwi percepcję. Nasze umysły przyzwyczajone są do nieustannego odświeżania witryn internetowych; te zmiany stymulują nas i zatrzymują na dłużej przy ekranie monitora lub smartfona. Inne – Inne – Inne, o… Inne (to później) – Inne, Inne. Immersja, czyli zanurzenie się w doświadczeniu możliwe jest dzięki regularnym zwrotom. Wyjątkiem od tego skakania jest głębokie wsiąknięcie w oglądany film lub grę komputerową. Wtedy osiągamy stan flow, gdzie “struna percepcji” jest optymalnie napięta i możemy utrzymać uwagę dłużej.

Podczas medytacji obserwujemy zarówno przeskakiwanie, które Jacek Dukaj nazwał myśleniem staccato, jak i “wsiąknięcie”. Na to drugie jednak przyjdzie nam trochę poczekać.

Pierwsze sesje medytacyjne raczej pokażą nam działanie umysłu zamiast wprowadzić w jakiś stan. Umysł będzie zdziwiony brakiem obiektów, pomiędzy którymi może skakać. Właśnie dlatego potrzebujemy rytmu regularnych odświeżeń, które dostroją się do dynamiki percepcji. W jednej minucie zmieści się nawet parę takich odświeżeń. Jednak w przeciwieństwie do chaotycznego surfowania po sieci, niezbędna jest regularność. Wypracowaniu tej regularności służy powtarzanie mantry, dostrojenie oddechu lub krążenie uwagą po ciele. Uszy, nos, gardło, mostek, brzuch, stopy.

Wariantem takiego krążenia jest tzw. Mała Orbita ćwiczenie qigong, w którym zataczamy koło rozpoczynając od dolnej wargi, spływając uwagą w dół brzucha, a następnie prowadząc ją w górę po plecach aż do czubka głowy. Dzięki takiemu ćwiczeniu odnajdujemy angażującą dynamikę, na której możemy “jechać”.  Wewnątrz tej dynamiki odkrywamy przytomność – subtelny, tajemniczy stan w którym orientujemy się w aktualnym momencie. Przytomność przydarza się kiedy umysł jest odpowiednio pobudzony; żywy, jednak nie przestymulowany.

Przytomny umysł zacznie dostrzegać coraz więcej intrygujących niuansów. Usłyszymy przejeżdżający samochód albo poczujemy anatomię ciała; w panoramie naszego doświadczenia zagoszczą detale i szczegóły, które uchwycimy zmysłami lub odczujemy w ciele. Przypominają one latające owady; widzimy je i zaraz ich nie ma! Ważne jest, aby umysł był większy od swoich gości; wówczas uwaga nie będzie gonić każdego odkrycia jak podniecony pies. Przytomny umysł jest polem, w którym dzieją się małe cuda. Sama przytomność także przychodzi i odchodzi. Nieuchronnie i neutralnie “wpadniemy” w różne myśli, emocje i wspomnienia jest to częścią medytacyjnego rytmu. Zaakceptuj go zamiast wyrzucać sobie, że nie potrafisz “utrzymać uważności” obserwuj rytm odnajdywania i gubienia, chwytania oraz puszczania ów wieloosiowy proces jest właśnie dynamiką medytacji. To oczywiście tylko wierzchołek bogactwa, na które składa się funkcjonowanie ciała i percepcji. Świadomość nie mogłaby objąć wszystkiego. Jak powiedział Fernando Pessoa; gdyby serce zaczęło być świadome, przestałoby bić.

Powiedzmy sobie jasno: medytacja nie jest procesem “maksymalizacji świadomości”. Medytujący umysł jest zanurzony w nieświadomości, przyjemnie obmywany przez jej fale. Czasami umysł osunie się w półsen okazuje się, że świadomość składa się z cieniutkich, przenikających się warstewek. Podczas praktyki przesycasz się przez nie; jeżeli medytujesz rano możesz odnaleźć minione niedawno sny “plumkające sobie” na horyzoncie umysłu. Odkryjesz także, jak bodźce z otoczenia pobudzają umysł na subtelnych poziomach; odległy śmiech uruchomi wspomnienie; zanim jednak je rozpoznasz, zdąży już zniknąć. Takie muskanie głębokich warstw umysłu jest cudem, którego doświadczymy wyłącznie podczas głębokiej medytacji czy np. w komorze deprywacji sensorycznej.

Relacja z bólem podczas medytacji

Oczywiście podczas praktyki nie spotkają Cię wyłącznie wrażenia subtelne i piękne jak promienie muskające powieki; pojawi się także mnóstwo bólu, dyskomfortu, męczącego myślenia i dotkliwych napięć zgromadzonych podczas dnia. Bardzo dobrze.  Umysł raczej nie zwali na nas wszystkiego na raz (pomijając wyjątki związane z zaburzeniami psychicznymi); zaserwuje raczej bodziec o małej lub średniej intensywności, który potrwa parę chwil, a potem minie. Daje to nam bezcenną szansę wglądu w ból i dyskomfort bez natychmiastowej reakcji ucieczkowej. Możemy “rozejrzeć się” po bólu, zwiedzić nieprzyjemne wspomnienie czy dotknąć zapętlonej myśli. Wpłynie to na próg doświadczania; przebijemy się do subtelniejszych warstw dyskomfortu i odkryjemy kolejny raz, że umysł jest większy od swojej zawartości. Nie ma tragedii; z takimi bólami da się żyć, a jednocześnie nie trzeba ich spychać, tłumić, uśmierzać czy odeń uciekać – pozwalamy mu być. Nieraz takie dozwolenie prowadzi do olśniewających odkryć. Dojdziemy do świeżych, “ludzkich” wniosków – nie tyle refleksji czy morałów, co błyskawicznych wglądów – które mogą trwale zmienić naszą relację do dyskomfortu, zwiększyć tzw. rezyliencję, czyli sprężystość percepcji i odporność na ból, a także złagodzić mechanizmy ucieczkowe, które często są “zamiataniem pod dywan”. 

Takie odkrycia potrafią wybić umysł z zapętlonej rutyny, zmienić tory myślenia i doznawania, co wpłynie na całą postrzeganą rzeczywistość – oświetli ją z nieco innej perspektywy. Ciekawość rozbudzona w ten sposób zasypie nas podarkami wysupływanymi ze zwyczajnych czynności; znajdziemy ciekawą barwę czerwieni, intrygujący dźwięk lub dziwną wymowę słowa (“szarla-ta-neria”) – innymi słowy umysł nabierze czułości i błyskotliwości. Takie wyczulenie się wynika z objęcia wszystkiego, co przychodzi – kiedy bowiem mocno filtrujemy nasze doświadczanie “wylewamy dziecko z kąpielą”. Percepcja jest subtelna i złożona, nie da się jej poszatkować na dobre-złe, przyjemne-nieprzyjemne – jeżeli to robimy, to po prostu tracimy więcej, niż zyskujemy.

Długotrwała medytacja pozwala odkręcić takie filtry dzięki rozwinięciu “całościowego spojrzenia”. Nie jest ono oparte na żadnej koncepcji, takiej jak współczucie, holizm czy uważność – po prostu rodzi się w nas, kiedy dobrze praktykujemy.

Medytacja jako ścieżka życia – refleksje po 12 latach praktyki

Praktyka medytacyjna może być kompasem i kotwicą, dzięki której Twój statek “życie” nie będzie dryfował po bezdrożach. Jednak aby medytacja spełniała funkcję, którą kiedyś wypełniał katolicyzm, nie wystarczy wyłącznie siedzieć na poduszce i czytać artykuły o uważności. Trzeba stopić medytację ze swoim realnym życiem, wtedy staje się ona ethosem, który prowadzi, nasyca mocą i chroni od bezsensu.

Pierwszą motywacją, dzięki której zacząłem medytować, były przewlekłe “problemy rodzinne”; a raczej wpisany w nie impas, dylemat, który towarzyszy pewnie wielu ludziom. Mój nastoletni umysł wyodrębniał dwie ścieżki działania – w skrócie dystans i konfrontacje, ucieczkę i atak – i wkrótce obie okazywały się nieskuteczne. Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że człowiek postawiony przed problemem sprowadza go właśnie do dwóch ścieżek. Nawet jeżeli nie jest to czarno-białe “albo-albo” to >>decyzja<< przybiera postać zrobienia czegoś lub nie zrobienia. Niezależnie od intelektualnych zasłon dymnych, wiele rzeczy można sprowadzić do binarnego wyboru. 

Medytacja miała być “trzecią drogą”, krokiem wstecz i zmianą własnej postawy. Uzasadnienie było następujące: niezależnie od podjętej decyzji, człowiek nie zmienia stanu umysłu, który tak często okazuje się korzeniem problemu. Właśnie dlatego jego działanie zazwyczaj jest kontynuacją danego stanu umysłu i utwierdza go. Ta perspektywa pozwala zobaczyć, ile na świecie jest błędnych kół; zapętlenie wydaje się zasadniczym elementem kondycji człowieka późno-nowoczesnego. Czasami koło jest na tyle duże, że wydaje się być linią. Czar pryska, gdy docieramy do miejsca, gdzie koniec staje się tym samym, nudnym początkiem. 

Uwierzyłem więc w medytację jako remedium na “ciągle-to-samo”, zaś moje myślenie skoncentrowało się na praktyce jako transformującym działaniu. Im więcej, tym lepiej. Nieraz praktykowałem parę godzin dziennie – można powiedzieć, że mój późnomłodzieńczy bunt przybrał kształt gniewnej ścieżki jogina. Moja sytuacja życiowa z pewnością zmieniła się, jednak nie uległa jednoznacznej poprawie. Stan umysłu zmienił się, ale problemy nie zniknęły; przybrały inną formę, zaostrzyły się albo wręcz pojawiły się nowe. Po około czterech latach nastąpił punkt zwrotny.

Dopiero parę lat później zrozumiałem mniej więcej, dlaczego; medytacja nie może być oderwana od ciała i codzienności. Niestety takie nieciągłości to spuścizna po katolicyzmie, gdzie wbrew zapewnieniom księży ciało traktowane jest jak coś gorszego, zaś codzienność NIE JEST duchowością, to raczej “ziemski mozół”. Myślę, że polska, zbiorowa nieświadomość właśnie tak podchodzi do “spraw duchowych”. Założenia te skutecznie hamują i zniekształcają praktykę medytacyjną, dlatego muszą być przepracowane i porzucone.

Medytacja musi być zintegrowana z codziennym życiem. Nie uwalniamy się od życia dzięki medytacji; odkrywamy raczej sposoby, aby przeżywać je głębiej takim jakim akurat ono jest. Rozumienie stanu medytacyjnego jako wielkiego spokoju wytwarza rozszczepiający konflikt; co bowiem robić z hałasem i dziećmi hałasu?  Nie da się odwrócić od czegoś, co jest częścią życia, można natomiast nie akceptować i stawiać opór temu co jest, dorabiając do tego duchowy wymiar. Ta karkołomna strategia nosi miano duchowego bypassingu i – żeby nie tworzyć bajek – każdy adept medytacji miewa bypassingowe momenty.  Istotne jest to, aby dalsza praktyka ujawniała je, a nie wzmacniała. 

Medytacja musi być także zintegrowana z ciałem. Mam przez to na myśli, że nie należy medytować z głową, lub  częścią ciała (np. brzuchem, czyli zbiornikiem energii w duchowościach Orientu) lecz całym, kompletnym, oddychającym i żywym ciałem. Dzięki objęciu całego ciała, odkryte dzięki praktyce błogość i spokój nie są odcięte od ruchu, dynamiki i zmiany. Typowym problemem entuzjastów medytacji jest “wytracanie się” przyjemnego stanu, kiedy trzeba zagłębić się w obowiązkach i po prostu ruszyć z poduszki. Częściowo wynika to właśnie z “medytowania głową”. Przypomina to wylewanie wody z dziurawej, puszczonej na dryf łódki. 

Kiedy przestałem myśleć o praktyce jako o buforze izolującym mnie od trudów codzienności, medytacja okazała się zupełnie czymś innym, niż myślałem przez pierwsze 4-5 lat jej kultywowania. Odkryłem między innymi, że wyrazistym skutkiem praktyki jest nie tyle cichy spokój, lecz pogłębienie doznań zmysłowych. Życie nie stawało się bardziej pokojowe i spokojne, raczej nabrało ekscytującej dynamiki. Oddychanie stało się angażującą, obejmująca całe ciało czynnością. Dźwięki, widoki i dotyk zyskały nowe wymiary; stały się odskocznią od informacyjno-werbalnego świata, w którym tkwi większość “Zachodzian”.

Wreszcie zacząłem inaczej doświadczać swojego myślenia, które u wielu nauczycieli mindfulness wskazywane jest jako wróg, którego trzeba się pozbyć. Zamiast wyłączać myśli, “oczyszczać umysł” czy “utrzymywać uważność” zauważyłem, że
– myśli nie są aż tak odcięte od ciała i zmysłów; stały się one znacznie bardziej “organiczną” czynnością
– tyrańska moc myślenia, które narzuca, męczy, nie daje spokoju, przytłacza i “nie chce przestać” zaczęła słabnąć
– myśli nie są dyskursywnymi i suchymi “linijkami tekstu”, są związane z nastrojem, nasycone emocjami i jako takie, znacznie ciekawsze niż myślałem
– nie są tak dualistyczne i binarne; zamiast fiksować się na albo-albo, myśli nabierają kontekstualnej dynamiki, mieszczą w sobie wiele stron naraz

Krótko: myślenie nie było tym, czym myślałem, że jest. Nie było ani moim wrogiem, ani “nieadekwatnym odczytaniem rzeczywistości”. Stopniowo porzuciłem wyobrażenie, że myśli starają się “coś wyjaśnić”; zobaczyłem je raczej jako sposób ekspresji i organiczną funkcję ciała. Przestałem biadolić nad tym, że “pewnych rzeczy nie da się ująć w słowa”, zamiast tego znajdując przyjemność w różnorakim wyrażaniu własnych doświadczeń, bez pretensji do “obiektywności”, ale także bez “subiektywnego” zafiksowania.

Trudno wyobrazić sobie, że praktyka medytacyjna będzie “sama sobie wystarczyć”. Przez ostatnie dziesięć lat zrobiłem mnóstwo innych rzeczy; nauczyłem się tybetańskich oraz chińskich technik kontemplacyjnych, przeczytałem pół biblioteki książek, poszedłem na terapię somatyczną, zacząłem ćwiczyć na siłowni, wprowadziłem trochę zmian do swojej dyscypliny pracy i jakości wypoczynku, zmieniłem nawyki żywieniowe i seksualne – wszystkie te inicjatywy były przystankami w medytacyjnym procesie. Na przykład, zrezygnowałem z niektórych potraw, zauważywszy, że po ich spożyciu przez trzy do sześciu godzin jestem dziwnie pobudzony, ociężały albo nerwowy. Wcześniej, gdy byłem odcięty od ciała, nie mógłbym tego tak precyzyjnie zauważyć. Zrezygnowałem całkowicie z grania w gry komputerowe kiedy spostrzegłem, że ten rodzaj rozrywki odcina moje ciało, usztywnia mięśnie i niebezpiecznie wpływa na ośrodek przyjemności. Odkryłem, że nadmierna aktywność seksualna pozbawia mnie sił witalnych. Nadal uczę się dbać o dobry poziom dopaminy i serotoniny dzięki dobremu kontaktowi z własnym ciałem. Dlatego można powiedzieć, że medytacja obejmująca całe życie po prostu podsuwa nam rzeczy, nad którymi warto się pochylić. Myślę, że człowiek, któremu szczerze zależy, zobaczy=kiedy coś nie gra; właśnie dlatego dobra medytacja to aktywność “cało-życiowa”, czyli po prostu głęboko moralna. 

Kiedy medytacja staje się takim holistycznym, moralnym działaniem, możemy nazwać ją ethosem. Ethos jest drogą życia; pewną całością, która nadaje życiu sens, przenika wszystkie działania bez dualistycznych konfliktów. W Polsce Katolicyzm był takim ethosem; obecnie przestał nim być dla wielu ludzi, także osób nadal deklarujących się jako katolicy. Wynika to z zaostrzonych konfliktów oraz sprzeczności, które zostały wyrażone w katolickiej doktrynie. Katolicyzm to ethos wysoce warunkowy; pewne rzeczy są obowiązkowe, inaczej trawi nas poczucie winy lub sprzeczności.

Nowoczesny sposób życia jawi się tak “na bakier” wobec katolickiej dogmy, że mnóstwo ludzi porzuca ją, albo odprawia powierzchownie. Wtedy ich religia ulega tzw. zombifikacji. Z kolei wytrwały praktyk medytacji nie porzuca niektórych działań dlatego, że tak mu każe doktryna; praktyka umożliwia raczej głębokie przetrawienie szkodliwości/jałowości, zaś rozjaśniona refleksyjność dostrzega zarówno dlaczego coś jest niepotrzebne, jak i w jaki sposób stopniowo się od tego uwolnić. Nie wyklucza to zmagań, wyzwań i porażek, wszystko jednak otulone jest głębią i światłem, które zapewnia nam właściwie prowadzona praktyka. 

Wreszcie, medytacja nie jest czymś deklaratywnym; nie ma sensu “identyfikować się jako medytujący”. Medytację się po prostu praktykuje; jest ona rodzajem rzemiosła,  sztuki życia. Robi się ją, stawiając kolejne kroki na własną rękę, co nie wyklucza wsparcia bliskich lub mądrzejszych ludzi.  Możesz praktykować pół godziny dziennie, albo trzy godziny dziennie. Po trzech godzinach dobrej medytacji NAPEWNO poczujesz się inaczej. Jeżeli robisz to właściwie, to zauważysz różnicę. Jeżeli zauważysz różnicę, to po prostu chcesz więcej. Masz świadomość, że to, czego pragniesz jest dobroczynne, pozbawione skazi i ciemnych punktów. Im więcej tym lepiej; żadnych wątpliwości.

Po ponad dwunastu latach praktyki, a także roku codziennej medytacji mogę powiedzieć z pewnością: medytacja przekształciła moje doświadczenie rzeczywistości oraz stała się tak naturalna i niezbędna jak pożywianie się, sen czy higiena osobista. Jednocześnie, medytacja jest nieskończoną podróżą, zaś jej intensywność i odkrywczość zależą od ciekawości, zaangażowania i włożonego w nią czasu. To niewyczerpalny punkt odniesienia w moim życiu, do którego zawsze mogę sięgnąć. Staram się stopniowo zwiększać czas, który na nią poświęcam. Różnie z tym bywa, ale wiem, że za dziesięć, piętnaście lat będę praktykował min. dwie godziny dziennie. Świadomość tego daje mi poczucie bezpieczeństwa także wtedy, kiedy myślę o śmierci i starości.

Dlaczego warto praktykować medytację w ramach konkretnej tradycji?

Zachodni świat od prawie stu lat próbuje dokonać konwersji mądrości Wschodu. W ten sposób powstają zarówno całe nurty jak i pojedyncze inicjatywy. Założenie jest proste – weźmiemy starą tradycję i przetłumaczymy jej symboliczny i niezrozumiały język i “wyjaśnimy” współczesnym ludziom o co tak na prawdę chodzi. Wszak dysponujemy większą wiedzą i racjonalną procedurą naukową, więc to musi się udać! Niestety, to tak nie działa – mądrości starej tradycji nie da się “wyekstrahować”.

Dlaczego takie pomysły jak mindfulness tak często nie działają? Do gruntownej przemiany potrzebna jest nie tylko technika medytacji, ale także gruntowna przemiana postrzegania i myślenia o świecie. Widać to, rozmawiając z osobami praktykującymi w ramach starych tradycji religijnych. Ich myślenie jest bardziej dojrzałe, ponieważ praktykują ścieżkę, która oprócz treningu oferuje złożony, wielowarstwowy i spójny światopogląd. Pochodzi on z określonej kultury i przeszedł setki lat ewolucji. To zakorzenienie jest wyczuwalne i opiera się o wielopokoleniowy przekaz oraz silne struktury edukacyjne takie jak klasztory czy szkoły. Światopogląd opiera się także o odbicia tradycji w świecie fizycznym – w świątyniach czy religijnych artefaktach. Wszelkie opowieści o boskich mistrzach sprzed 1000 lat pozwalają odczuć więź z symbolicznie nieskończonym i nieśmiertelnym przekazem religijnego doświadczenia. Oczywiście, można spotkać wielu dojrzałych praktykujących wykształconych w oparciu o zachodnie tradycje psychologii, filozofii i psychoterapii – ale nadal są to lata studiów i doświadczenia, a nie “esencja” nauczona na 8 tygodniowym kursie.

Praktykując w tradycji religijnej możesz mieć pewność, że wiele pokoleń temu inni uczyli się z tych samych tekstów, wykonywali te same praktyki i mieli podobne ich rezultaty. Możesz pojechać do dowolnego ośrodka, w dowolnym kraju na świecie i spotkasz tam ludzi, których rozumiesz od pierwszego wejrzenia – praktykują bowiem w tej samej linii. Każda z tych osób, nie ważna czy młoda czy stara, jest Ci bliska, ponieważ posiadacie wspólną tożsamość. Doświadczacie podobnych rzeczy, które ujęte są we wspólną, zintegrowaną narrację. Wystarczy, że spojrzyjcie na ten sam wizerunek; jeśli praktykujecie z danym bóstwem, to z automatu współdzielicie swoje doświadczenie, nawet o tym nie myśląc. To współdoświadczanie nie jest “czymś co się robi” lub “ćwiczeniem”. Nie wymaga tworzenia specyficznych warunków treningowych, jak na kursach mindfulness, gdzie za każdym razem trzeba stworzyć sztuczne ramy na późniejsze doświadczenie. W religijnej tradycji, wszystko to staje się elementem doświadczanej rzeczywistości. Gdy widzisz ołtarz, nie potrzebujesz racjonalizować jego elementów – po prostu czujesz jego moc, jako elementu całego religijnego kosmosu.

Łączności z religią i innymi praktykującymi nie trzeba sztucznie podtrzymywać, ponieważ jest ona w Tobie głęboko zakorzeniona. Co więcej, współdzielisz to doświadczenie ze wszystkimi którzy mają do niego dostęp obecnie, a także z tymi, którzy mieli je setki lat temu i będą je mieli w przyszłości. To ponadjednostkowe kontinuum buduje fundament religijnego przekazu. Sam przekaz opiera się na uniwersalnej, a zarazem unikalnej symbolice będącą nośnikiem przekształconego sposobu poznania świata. Dzięki temu między praktykującymi w jednej tradycji czy religii tworzy się specyficzną więź, rodzaj porozumienia, jaki masz ze starym przyjacielem lub członkiem rodziny. Nie uświadczysz tego w nowych nurtach, na warsztatach duchowego rozwoju czy na Youtubie. Struktury w rodzaju kursów, gdzie spotykają się przygodni ludzie po prostu nie są w stanie wypracować takich relacji.

Dobre wieści! Postmodernizm umiera

Masz dosyć życia w zagubieniu i otchłani wątpliwości? Wstydzisz się być decyzyjnym, a podjęte decyzje bez końca roztrząsasz w myślach? Egzystujesz pośród przytłaczającej wielości pełnej bezsensu? Czujesz, że ciągle dryfujesz, gdzieś pomiędzy przyjemnością a próżnią, nieogarem i nudą, “czymśtam” a “niczym”? I… myślisz, że właśnie “takie jest życie”? Mamy dobre wieści! Stan, który Ciebie nawiedza nazywa się postmodernizm i nie jest permanentny. Wiele wskazuje na to, że dobiega końca.

Myślę, że każdy czytelnik ma intuicję tego, o czym piszę. Nie każdy jednak rozpoznaje cechy i symptomy tak zwanego “postmodernizmu” tworzących “Doomera”, człowieka późnej nowoczesności. Zresztą, sama orientacja postmodernistyczna skutecznie przeciwdziała formułowaniu jasnych osądów.

W życiu codziennym, postmodernizm przejawia się w relatywizowaniu wszelkich pojęć i rozwiązań instytucjonalnych, puszczaniu cynicznego oka i odruchowym podkopywaniu zdeklarowanych światopoglądów przy pomocy ironii, krytyki i szyderstwa. Postmodernistyczny styl życia to także nieustanny dysonans decyzyjny maskowany ironią a także… rozwalanie każdej ciekawej dyskusji tekstami typu “wiesz, bywa różnie” albo “wszystko jest relatywne”.

Postawa modernistyczna przeniknęła także do duchowości. Jest ona mieszaniną teorii “gwiazd postmodernizmu” takich jak Derrida czy Foulcault oraz elementami filozofii orientalnych, np. buddyzmu zen czy hinduistyczych Upaniszad. Powstały “produkt” dorabia duchową otoczkę do podejrzliwości wobec wszelkich religijnych i tradycyjnych koncepcji, poprzestając na frazach typu: “prawdy nie da się ująć w słowa” czy “wystarczy po prostu być teraz”.

Niestety, często rezultat jest nijaki; medytacja i osobista duchowość stają się zamrożone w rozwoju i bezkształtne, zaś przyswajane nauki “nie wsiąkają” w człowieka. Tej blokadzie sprzyja niedosiężny cel, jakim jest oświecenie – przypisywanie sobie takiego osiągnięcia jest nie tylko paradoksem (“ego” nie może osiągnąć oświecenia), ale także społecznym faux pas. Duchowe dysputy zapętlające się do oskarżania siebie nawzajem “o przywiązanie do osądów” i sugerujące “uwolnienie od ego” to wymowne przykłady postmodernistyczych rozmów. Ego jest tutaj głównym podejrzanym, które oskarżane jest o każde “odstępstwo” od niewidzialnych, ale dość określonych reguł: nie osądzaj, nie zajmuj mocnego stanowiska, aby nie eskalować różnic zdań, ZAWSZE bądź miły, nawet jeżeli w środku czujesz inaczej. Rezultat? Potężna powtarzalność. Po blisko 10 latach zainteresowania medytacją nadal słyszę te same wypowiedzi.

Będąc zmęczonym tym klimatem myślowym ogromnie ciesze się z artykułu Bogusława Wajzera, który przeczytacie TUTAJ. W pigułce: tekst mówi o tym, że ludzie mają dość postmodernistycznego stylu życia, na który składa się podważanie i kwestionowanie wszystkiego bez pozytywnych wniosków, negatywne podejście do “Wielkich Narracji”, dysonans, rozstrzęsienie pomiędzy możliwościami, agresywna postawa do afirmatywnych twierdzeń, “totalitarny relatywizm” i co tam jeszcze. Taki klimat myślowy zdążył głęboko stopić się z naszym myśleniem o świecie. Na szczęście, czasy jego dominacji już dawno za nami: postmodernistyczna wizja świata nie jest ostateczna.

Wajzer – używając przykładu netfliksowego serialu Stranger Things – opowiada o tym, jak ludzie tęsknią za afirmatywnym przeżywaniem świata i odczuwają to jako “nostalgię”. Rozczarowani i permanentnie zagubieni w ponowoczesności, umysły zwracają się do dzieciństwa, lat 70, 80 i 90tych. Symbole tamtych czasów, muzyka i moda, stają się wehikułem do “cofnięcia w czasie”. Myślę, że ta potrzeba nostalgii sygnalizuje włąśnie zmęczenie postmodernizmem, jako domyślnym stanem życia.

Nostalgia za czasami “niewinnej młodości” to coś znacznie więcej niż odkurzanie starych zabawek. To kulturowy sygnał: możemy nie tylko uwolnić się od błędnego koła krytycyzmu, negacji i podejrzliwości, ale także zaadaptować w swoim życiu afirmatywne narracje, które proponują nam kompletny kosmos, w którym możemy marzyć i żyć.

Czy nie takie było życie w beztroskim dzieciństwie? Potrzeba wyboru i podążania za którąś z Wielkich Narracji jest także widoczna w ogromnym zmobilizowaniu politycznym po lewej i prawej stronie. Masowe zaangażowanie w ruchy ekologiczne ukazuje powszechny głód wartości; poszukiwania czegoś czego się broni, za czym się stoi. Z drugiej strony, świat ogląda bezprecedensowy powrót do wartości patriotycznych; zarówno w wydaniu regresywno-agresywnym jak i folklorystyczno-wspólnotowym. Oczywiście niektórzy demonizują wszelkie emocje związane z wspólnotami tradycyjnymi i narodowymi; jednak ta demonizacja odsyła nas z powrotem do postmodernistycznego tygielka!

Mem “Doomera” i jego kolejne odsłony są ekspresją pytań, jak wyjść z błędnego kółka kwestionowania wszystkiego – myślę, że mnóstwo ludzi jest udręczonych takim zapętleniem pomimo ironii, którą wciąż mają na ustach. Wydaje się, że odpowiedź leży w zaufaniu. A czemu ufać? Najpierw warto zaufać sobie, a co za tym idzie, nie negować i overthinkować do bólu każdej swojej myśli i decyzji. Nawet, kiedy człowiek “nie wie kim jest” (jak w buddyzmie zen) to nie jest skazany na chaos wątpliwości! Człowiek jednak nie stanie na samym sobie; każdy potrzebuje dodatkowej podpory. Dlatego następnie warto zaufać którejś z Wielkich Narracji – spójnym wizjom świata zawierającym sensy życia oraz motywacje i kierunki działań.

Postmodernizm poszatkował Wielkie Narracje na wirujące w próżni elementy, które rzekomo da się dowolnie poskładać. To jednak nieprawda. Kosmiczne frankensteiny (takie jak ruch New Age) okazały się krótkotrwałe i martwe w środku. Myślę, że światopoglądowe składaki nie dają długotrwałej mobilizacji do działania; skazują nas raczej na recykling idei, wciąż nowych, konsumowanych i kolejno wysysanych z przelotnej inspiracji. Co więcej, ponowoczesne światopoglądy zwykle mają charakter globalny i uniwersalny; dotyczą “wszystkich ludzi” albo “wszystkich istot” i opierają się na abstrakcjach, takich jak “Miłość”, “Świadomość”, które totalizują rozmowę i wypierają z niej konteksty, niuanse, wszystko to, co czyni rozmowę naprawdę interesującą. Nie będę odkrywczy, kiedy powiem: “No tak, każdy ma swoje zdanie” lub “…ale najważniejsza jest w tym wszystkim uważność i świadomość”.

Z kolei koherentne Wielkie Narracje; dynamiczne, ale także ponadczasowe kosmosy z ich granicami po prostu działają na człowieka inaczej. Także, czy to w stronę ekologiczną, czy seksualno-tożsamościową, czy narodową, czy tradycyjną – ludzie powracają do Narracji, uniwersalnych lub lokalnych. Towarzyszy temu zaostrzenie sporów i ogólna polaryzacja, ale to nie wszystko. To jest pierwszy etap fermentu, jakie będą następne?

Wierzę w to, że człowiek potrafi refleksyjnie kultywować którąś z Wielkich Narracji. Czyli: robić to bez polaryzacji i bez zawężenia refleksji. Istotne jest także, z czego składają się Wielkie Narracje? Czy możemy ujrzeć ich architekturę bez rozmontowywania ich? Wielka Narracja jest bowiem rozłożystą architekturą idei, które ewoluowały w czasie, tj. aktualizowały się, zachowując pewne fundamenty.
Być może też – co wymaga głębokiej rozwagi – pewne narracje są niekompletne i mają swoistą datę ważności; w końcu przestają być dobrymi “wehikułami” do życia, relacji z innymi i patrzenia na świat i przedawniają się.

Dla mnie, takimi narracjami są – niestety – katolicyzm oraz jego wysoce reaktywny wróg, czyli uogólniona postawa liberalno-lewicowa. Katolicyzm “zużył się” z wielu względów; jaskrawo dualistyczna struktura doktryny katolickiej jest konfliktogenna od początku swojego zaistnienia w historii: konflikty i sprzeczności nieuchronnie rodzą się w katoliku (jego umyśle, sercu, ciele) a także w jego relacjach z innymi. Jeżeli uczciwie przyjrzymy się chrześcijaństwu, widzimy sprzeczności i dziwne schematy emocjonalne (np. fiksacje na męczeństwie), które regularnie powtarzają się w chrześcijańskim kosmosie. Nie odrzucam przez to całej tradycji, studiuję ją już ponad dziesięć lat i spoglądam na nią kompletnie.

Sprawa wygląda podobnie z tzw. orientacją lewicową; jest ona niekompletna, ponieważ wywodzi się z krytyki, zanegowania i buntu (które są raczej etapem niż przystanią), zaś proponowane przez nią rozwiązania instytucjonalne progresywnie zmierzają co absurdu. Dzieckiem tej orientacji jest także sam postmodernizm. Zresztą – uwaga, tajemnica poliszynela! – lewica współdzieli z chrześcijaństwem MNÓSTWO postulatów, takich jak zrównanie ludzi oraz uniwersalizacja doktryny (dla wszystkich, dla każdego) oraz negacja zastanego porządku (u zarania chrześcijańska: porządek rzymsko-grecki, zaś u lewicy: chrześcijaństwo i “wyemanowany” zeń porządek gospodarczy). Zarówno chrześcijaństwo, jak i liczni adwersarze tej religii opierają się na progresywnym założeniu, że “później będzie lepiej, a kiedyś było gorzej”, niezależnie czy chodzi o Niebo, ponowne przyjście chrystusa, nastanie społeczeństwa bezklasowego czy bezpłciowego (w rozumieniu “przewalczenia” podziału na dwie płcie)

Przewlekła walka i polaryzacja tych dwóch narracji wróży jałowy i wyniszczający konflikt, zaś próby dystansowania się od niego – z braku alternatyw – tworzą nijaki i stroniący od konkluzji światopogląd, nabity wątpliwościami. Na szczęście człowiek, który zadba o szerokość (i wysokość!) horyzontów znajdzie coś innego poza zablokowanym konfliktem i nijakim relatywizmem.

Czy możemy zatem koegzystować ze sobą bez zgniłego kompromisu i bez udawania, że nie mamy światopoglądów? Zdolność do takiego współżycia bierze się po prostu z dojrzałego charakteru, który zdolny jest do recepcji i objęcia różnic. Wyznawany światopogląd nie może być reaktywny; czyli powstający wyłącznie w kontekście walki z innymi wizjami świata- musi być autochtoniczny, tj. samodzielny, wypróbowany i pomyślny w życiu, ukazujący życia bogactwo i piękno, mądrze przyjmujący koleje losu i oświetlający całą egzystencję w kontekście czegoś wyższego, Najwyższego; czy jest to Świętość, czy planeta Ziemia, czy przeobrażenie percepcji (buddyzm) czy coś jeszcze innego.