O miłości transcendentalnej

„ – Szukam przyjaciół. Co znaczy „oswoić”?
– Jest to pojęcie zupełnie zapomniane – powiedział lis. – „Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”.
– Stworzyć więzy?
– Oczywiście – powiedział lis. – Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty także mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie. „

– Antoine de Saint Exupéry, Mały Książe

Niektóre relacje są bodźcami do nagłego wzrostu, który zaskakuje nas i naszych bliskich. Jak powstaje sprzężenie, które może wystrzelić dwójkę ludzi na orbitę i jaką zasługę ma w tym medytacja? Poniższy tekst jest impresją na temat doświadczeń miłości transcendentalnej.

Niekiedy spotykamy osoby, z którymi nawiązujemy wyjątkowy rodzaj relacji. Dzięki niej możemy dotrzeć do “miłości transcendentalnej”. Mam tu na myśli rodzaj miłości, który przekracza codzienne, konwencjonalne zależności, a jego podstawą stają się subtelne doświadczenia wglądu i przezroczystości. Owa przezroczystość to sytuacja cudownego wręcz dopasowania – możemy być całkowicie szczerzy z drugą osobą, nie tylko na poziomie treści komunikacji, co samej struktury relacji. W takiej relacji odkrywamy wzajemne spirale kontaktu i wypływające z nich warstwy intymności i namiętności. Przykładowo, jedna osoba w parze może wlewać swoją niepohamowaną ekspresję w drugą, na co codziennie nie ma przestrzeni w innych relacjach, podczas gdy druga staje się naczyniem, w które energia ta jest przelewana. W pewnym momencie obie osoby uzyskują graniczny poziom stymulacji, który prowokuje eksplozję wcześniej nagromadzonych odczuć. Wzbudza to ekstatyczne doświadczenie jedności i rozpuszczenia granic Ja. Konfiguracji takiej relacyjności jest wiele. Nie ma jednej uniwersalnej opcji. Podczas gdy w jednej relacji osoba silnie ekspresyjna może płynnie stymulować drugą osobę, to w drugiej może z kolei odnajdywać spokój w biernej obserwacji aktywności innej osoby. Podstawą tej relacji jest po prostu umiejętność wzajemnego dopasowywania się do siebie, w której relacja zaczyna przypominać swobodny taniec.

Relacja oparta na takiej miłości rozpala dynamikę, w której powstają odżywcze wglądy; budują one relację i nas samych. Chodzi właściwie nie tyle o konkretne relacje, ale specyficzne okresy ich trwania, które wywołują sekwencje emocji i wglądów. Żar miłości transcendentnej może także rozbudzić się w wieloletnich, wydawałoby się, statycznych relacjach.  W takim procesie dochodzi do przewartościowania postrzegania, zaś doświadczenie miłości nasyca się światłem, poczuciem spełnienia i kompletności, a nawet błogości. Relacje takie mogą stać się bodźcem uruchamiającym nagły wzrost, który uruchamia zasoby zgromadzone dzięki m.in. praktyce medytacyjnej.

Istotą miłości transcendentalnej jest świadomość każdego scenariusza i równoważenie serc pomiędzy skrajnościami. Nie zatrzymuję Cię, ale to nie znaczy że chcę, żebyś odeszła! Kocham Cię, ale to dlatego właśnie nie mogę Cię zatrzymać! Nie jesteś moja, ani ja nie jestem Twój. Należmy do siebie, ale nie na “własność”. Miłość to zdolność do przedkładania Twojego dobra ponad moje własne, choć kiedy czynisz to samo, stajemy się jednym organizmem.

Kiedy pokochamy się wzajemnie odkryjemy wzajemne dopełnienie i odnajdziemy zdolność do swobodnego przemieszczania się względem siebie. Ruch ten nie będzie jednak aktem woli każdego z nas z osobna, a w doświadczeniem wspólnego, samoistnego przemieszczania się względem siebie. Wtedy nasza relacyjność zacznie pulsować, choć rytm ten nie będzie podtrzymywany przez nas osobiście. Przestrzeń naszej relacji stanie się żywa, a samo doświadczenie tej organiczności stanie się centralnym doświadczeniem tej relacji, ważniejszym od jej treści.

Kiedy Cię pokocham, otworzę dla Ciebie drzwi. Kiedy Ty pokochasz mnie, wejdziesz przez nie i się spotkamy. Odkrywam wtedy, że paradoksalnie, zbliżam się do Ciebie najbardziej kiedy zostawię drzwi uchylone, akceptując zarówno Twoją obecność, jak i nieobecność. Wiem, że nie mogę zmusić Cię ani do odejścia, ani do pozostania. Jeśli jest nam to dane, to Ty przybędziesz, a ja będę w gotowości Cię przyjąć. A nawet jeśli nie będę, to poczekasz i przekroczysz próg kiedy będzie to możliwe. Wtedy obejmę Cię bez słowa. Będziemy razem tak długo jak będzie to możliwe, a ja wypuszczę Cię bez słowa, kiedy zajdzie taka potrzeba. Bo mimo że jesteś “u mnie”, to nie trzymam Cię kurczowo. Kiedy odejdziesz, będę tęsknił, ale zrozumiem, że potrzebujesz się oddalić. Wrócisz, a ja znowu Cię przyjmę, jeśli tylko będę w stanie. Dopóki jesteśmy przezroczyści, to wszystko jest dobre. Po prostu wiem, że nasza szczerość i otwartość spowoduje że zawsze podejmiemy właściwą decyzję, jakakolwiek bo ona nie była.

Wiem, że mogę liczyć na wzajemność. I czuję się świetnie, kiedy Ty kochasz mnie tak samo, zarówno gdy przychodzę i odchodzę. W takim układzie jesteśmy razem nawet wtedy, gdy fizycznie jesteśmy osobno. Ile potrwa ta relacja? Może całe życie? A może tydzień? Nie wiemy, ale to nie ma znaczenia. Będziemy tak długo, jak będzie nam dane. A nawet gdy się rozstaniemy i nigdy nie spotkamy się ponownie, będę kochał Cie do końca swoich dni.

Krótka historia Uważności: Złe myślenie

Medytacja “mindfulness” i większość Zachodnich “duchowości” ma coraz mniej wspólnego z dharmami medytacyjnymi powstałymi w Azji. W cyklu “Krótka Historia Uważności” przeczytasz, jak potężną konwersje przeszła medytacja kiedy została spopularyzowana i skomercjalizowana na Zachodzie. Poniższy artykuł poświęcony jest szkodliwemu rozumieniu pop-medytacji jako “wyłączaniu myślenia”.

Mindfulness: pomaga na wszystko, pochodzi znikąd

W marketingowych tekstach nt. mindfulness odnajdujemy sprzeczne hasła: naukowość, mistyczność, terapeutyczność – wszystko to jakoś mieści się w tej koncepcji, przedstawianej jako cudowne i proste remedium. Poczynając od D. T. Suzukiego, mindfulness ukazywane jest jako uniwersalna technika, a nawet “rdzeń wszystkich religii” która zarazem pasuje do wszystkiego. Nie przeczy to wiązania mindfulness z tradycjami orientalnymi, przy podkreśleniu niezależności.

W rzeczywistości mindfulness jest produktem powstałym w konkretnych czasach. Ma także swoje ograniczenia kulturowe (świecki, liberalny ład USA i Europy Zachodniej) oraz czasowe (schyłek XX wieku i początek XXI, koniec II wojny światowej). Okres charakteryzuje swoiste zaćmienie; odrzucenie przeszłości i tworzenie bezczasowych lub “nowych” tworów. Mindfulness jest jednym z nich i jest to twór szczególny, obejmuje bowiem “całe życie” oraz intymność emocji, uczuć, wrażliwość i tak dalej.

Mindfulness miał być także kompromisem, w którym technika zostaje oddzielona od “zacofanego” religijnego systemu nakazów i zakazów. To oddzielenie – wyjęcie medytacji z tradycyjnego kontekstu w którym powstała i przerzucenie jej w racjonalistyczny i mierzony badaniami ilościowymi świat świeckiego liberalizmu – było operacją na otwartym sercu, dzięki której powstał produkt zwany “mindfulness”. Mówimy więc o “narodzinach uważności”, po których natychmiast przedstawiono ją jako bezczasową i odwieczną, czyli poddano naturalizacji.

Ten projekt trwał dobre parę dekad i uważam, że zakończył się porażką. Nie da się jednak spojrzeć na “uważność” uczciwie, dopóki nie odczaruje się jej z aury, którą ją oświetlono. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi “uważność” jest swoistą kotwicą egzystencjalną, do której wciąż powracają i upatrują nadziei na poprawę swojego losu (czy np “obniżenie stresu”). Dla innych zaś jest to po prostu sposób zarobkowania. Skoro powstały instytuty, fundacje i kursy, istnieje także status quo i wiara w skuteczność metody. Nie chodzi wyłącznie o skuteczność; chodzi o wiarę w obecny kształt “uważności”, który jest przedstawiany jako coś naturalnego, oczywistego, obiektywnego. I właśnie to czyni sam projekt pokrętnym, a być może także szkodliwym.

“Uważność” jest coraz głębiej “zakodowana” w myśleniu potocznym i wielokrotnie była przedstawiana jako “eliksir na wszystkie problemy”. Po prostu obserwuj, po prostu bądź tu i teraz…po prostu bądź uważna. I to wystarczy. Taki uproszczony dyskurs może wytwarzać mnóstwo stłumień i pokłady ukrytej, wewnętrznej agresji skierowanej na to, co jest wskazywane jako złe.

Dlaczego myślenie jest złe?

Popularyzacja mindfulness oznacza zalanie Internetu pseudo-psychologicznymi treściami, które drastycznie upraszczają złożoność funkcjonowania ludzkiej percepcji będącego wypadkową osobowości, woli i środowiska działania. Oczywiście dzieje się tak ze wszystkim co trafia na łamy plotkarskich stron i do “telewizji śniadaniowej” jednak medytacja jest czynnością tak newralgiczną, że streszczenie jej w “fajny” i sprzedażowy sposób może pogrążyć temat.

W mindfulness, medytacja definiowana jest jako “celowe skierowanie uwagi na to, co doznaje się w danej chwili”. Nie mówiąc o fundamentalnie błędnym rozdzieleniu “uwagi” od “danej chwili” sprzecznego z wiedzą neuropsychologiczną, takim zaleceniom zawsze towarzyszy negatywne, choć często zakamuflowane, zwartościowanie myślenia oraz emocji.

Myślenie przedstawiane jest jako przeszkoda, której usunięcie pozwala np. na “pełne doświadczanie chwili obecnej”. Taki pogląd jest odzwierciedleniem wczesnych etapów treningu medytacyjnego, w których praktykujący dopiero sieje nasiona dojrzałości. W kolejnych etapach praktyki treść doświadczenia zostaje bowiem zintegrowana w nowej strukturze funkcjonowania percepcji. Innymi słowy, potrzebujemy dystansu od myśli na jakiś czas – nie jest to jednak sytuacja ostateczna.

Mindfulness sprzedawany jest także jako “wyzwolenie od filtru ukształtowanych wcześniej poglądów”. Podobne założenia są fałszywe. Filtry poznawcze są osadzone znacznie głębiej niż w “myśleniu” pojawiającym się na powierzchni umysłu. Nie znikną one, gdy przestaniemy myśleć. Nadal będą brały udział w naszym doświadczeniu.

“Myślenie” jest także wielokrotnie wskazywane jako sprawca problemów, stresu, lęków i depresji, np:

“Człowiek w swoim życiu często tkwi w tym, co było, minęło, roztrząsa niepomyślne wydarzenia z przeszłości lub wybiega w przyszłość, zamartwiając się o nią. W ten sposób zupełnie zapomina o teraźniejszości, a dodatkowo dochodzi do zaburzenia wewnętrznej równowagi emocjonalnej, a co za tym idzie – do rozwoju zaburzeń lękowych, a nawet depresyjnych. Aby temu zapobiec, należy wprowadzić umysł w stan najwyższego skupienia.” – ŹRÓDŁO

Jest to symptomatyczne dla dyskursu “uważnościowego” rozumowanie, powielane w dziesiątkach postów i w podpisach motywujących obrazków. Rzadko kiedy dochodzi do sprecyzowania, czym jest to “złe myślenie” – a rozmyte granice przy takich zaleceniach tworzą ryzyko tłumienia i cenzurowania siebie. Pseudo-mistyczne frazy uniemożliwiają tu wnikliwą analizę; “po prostu nie myśl, to myślenie wytwarza problem”.

W rzeczywistości, martwienie się i odklejenie od teraźniejszości jest raczej SKUTKIEM problemów, niż ich przyczyną. Identyfikowanie przyczyn zaburzeń lękowych i depresyjnych z powierzchownym procesem “myślenia” tworzy zniekształcone wyobrażenia zarówno na temat zdrowia, jak i zaburzeń psychicznych. Czym właściwie jest to “myślenie”? W nauczaniu buddyjskim przeczytamy o tzw. papañca czyli konceptualnym nawarstwianiu. Jest to “rodzaj myślenia, który wywołuje konflikt”, a także myślenie zafiksowane na “Tobie jako podmiocie”. Innymi słowy papañca nie fiksuje się na przeszłości i przyszłości, ale na podmiocie/ego w przyszłości i przeszłości. Myślenie o sobie w taki sposób – niezależnie od tematu – pęta i zacieśnia umysł.

Popularniejszy w Azji termin xinyuan – czyli małpi umysł – opisywany jest jako zaburzony, niespokojny, kapryśny, niestały, zmieszany i niezdecydowany stan świadomości. Nauki dotyczące papañca i xinyuan są dalekie od ogólników powielanych w mindfulnessowych artykułach. Nie ukazują także papañsy jako wroga dobrego samopoczucia. W Sabbāsava Sutta możemy za to przeczytać jak powstaje papañsa.

Jeżeli myślenie zafiksowane na “ja” jest przeszkodą w doświadczaniu, to jaki ma sens praktykowanie medytacji na hiper-indywidualistycznym i zatomizowanym Zachodzie?

Refleksja jest tutaj dosyć jasna: mindfulness łagodzi i uśmierza nie tylko stresy i napięcia wynikające z chorób cywilizacyjnych, ale także dyskomfort życiowy, którego przyczyny są fundamentami liberalnego, świeckiego Zachodu.

Zmiękczenie Ja w My

Medytacji nie da się praktykować wyłącznie samemu. Jednym ze sposobów na złagodzenie atomizacji, która wpływa na generowanie papañsy jest zaangażowanie się w jakąś praktykę grupową. Pisaliśmy już o tym tutaj:

W skrócie: “medytacja” praktykowana podczas kursów raczej cementuje indywidualizm praktykującego, zamiast łagodzić go w ramach długotrwałej i opartej na poświęceniu wspólnoty. Kursant czy uczestnik to konsument, który kupuje usługę i oczekuje określonego rezultatu. W Ortopraksie rekomendujemy “uspołecznienie” swojej praktyki w ramach wybranej tradycji. Natomiast kursy i spotkania mindfulnessowe są raczej surogatem wspólnoty medytujących.

Podsumowanie: Uważne spojrzenie na “Uważność”

Znakomicie zdaję sobie sprawę z faktu, że koncepcja uważności była wielokrotnie przerabiana, rozwijana i opracowywana. Nie chodzi mi jednak o intelektualne doprecyzowanie, tylko o to, co zapada w pamięć i staje się elementem potocznego poglądu. Chodzi o heurystyczne składniki koncepcji uważności, które na których nadbudowane są zawiłe, afirmatywne elaboracje i naukowe “dowody”.

To właśnie te fundamenty są widoczne w prostych, spontanicznych wypowiedziach adeptów i instruktorów “mindfulness”. Poszukując ich, możemy ujrzeć pierwotny kształt tego potężnego przedsięwzięcia jakim było przeszczepienie medytacji z jednej cywilizacji do drugiej. W 2019 roku, kiedy dotychczasowe “oczywistości” liberalnego ładu powoli walą się w gruzy, warto spojrzeć na Uważność jako na projekt urodzony z konkretnych czasów i mentalności.

Dzięki temu możemy zobaczyć zaskakujące, a nieraz bolesne ograniczenia “totalnej uważności”, przede wszystkim w praktyce życiowej. Uważność ma być przede wszystkim praktykowana, jest to aktywność etyczna, która w założeniu ma “zredukować stres”, “uwolnić od myśli” ,”przepracować problemy” a także – pod pewnymi warunkami – “otworzyć na smak oświecenia” (tutaj wkraczamy już na szarą strefę gdzie świecki mindfulness spotyka się z orientalną mistyką).

Jakie zatem skutki przyniesie nam praktyka tak okrojonej i specyficznie rozumianej medytacji? Czy mindfulness może być szkodliwy dla zdrowia psychicznego lub temperamentu emocjonalnego? Gdzie zaprowadzi nas taka wizja praktyki? Czym naprawdę jest “redukcja stresu”? W cyklu Krótka Historia Uważności chcemy podjąć próbę odpowiedzi na te pytania; uczciwie i krytycznie, lecz bez krytykanctwa. Naszą intencją jest zaproponowanie takiej wizji praktyki medytacyjnej, która zerwie ze złymi pomysłami, które nie sprawdziły się na Zachodzie przez ostatnie lata…i będzie próbą pomyślnej transmisji kulturowej medytacji ze Wschodu na Zachód.

Zapraszamy do śledzenia naszych wpisów cząstkowych w kategorii “Krótka Historia Uważności”.

POLECANE ŹRÓDŁA:

Dynamika medytacji & odkrycia głębokiego umysłu

Większość artykułów na temat medytacji stara się przekonać czytelnika dlaczego warto ją praktykować. W tekście poniżej zajmiemy się samą dynamiką praktyki; co naprawdę dzieje się, kiedy siedzisz na poduszce? Czy można opisać ten proces tak, aby ujrzeć go nakierowanym, wewnętrznym okiem? Wreszcie, co można odkryć podczas medytacji?

Podstawowym nieporozumieniem na temat medytacji są słynne, hasłowe frazy o “utrzymywaniu uważności” i “nie myśleniu”. Musimy rozprawić się z tymi kliszami aby odgruzować przestrzeń, w której rozwija się praktyka. Marketingowe wabiki mogą na moment zahaczyć uwagę, moim zdaniem jednak utrudniają długofalowy proces. Głównym problemem haseł promujących medytację jest zagracanie przestrzeni doświadczenia. Wynika to z prób “wyjaśnienia” i “przekonania” do medytacji. Przypomina to broszury reklamowe odległych krajów: “Odkryj tajemniczy Egipt!” “Zwiedź egzotyczne wyspy, spotkaj umięśnionych Maorysów!” Zamiast takich podchodów, spróbujmy OPISAĆ medytacyjną dynamikę. Odkryjemy w niej kosmos doznań i przeżyć.

Jak możemy opisać medytację?

Przede wszystkim, zapomnij o dążeniu do jakiegokolwiek stanu; medytacja jest procesem odświeżania percepcji. Takie odświeżanie przytrafi się paręnaście razy podczas jednej z sesji. Odświeżanie, aktualizowanie, otrząsanie się. Czy zauważyłaś kiedyś, że jeżeli patrzysz nieruchomo w jeden punkt to coś dziwnego zaczyna dziać się ze wzrokiem? Właśnie wtedy umysł potrzebuje zmiany; mikro-zwrotu, który orzeźwi percepcję. Nasze umysły przyzwyczajone są do nieustannego odświeżania witryn internetowych; te zmiany stymulują nas i zatrzymują na dłużej przy ekranie monitora lub smartfona. Inne – Inne – Inne, o… Inne (to później) – Inne, Inne. Immersja, czyli zanurzenie się w doświadczeniu możliwe jest dzięki regularnym zwrotom. Wyjątkiem od tego skakania jest głębokie wsiąknięcie w oglądany film lub grę komputerową. Wtedy osiągamy stan flow, gdzie “struna percepcji” jest optymalnie napięta i możemy utrzymać uwagę dłużej.

Podczas medytacji obserwujemy zarówno przeskakiwanie, które Jacek Dukaj nazwał myśleniem staccato, jak i “wsiąknięcie”. Na to drugie jednak przyjdzie nam trochę poczekać.

Pierwsze sesje medytacyjne raczej pokażą nam działanie umysłu zamiast wprowadzić w jakiś stan. Umysł będzie zdziwiony brakiem obiektów, pomiędzy którymi może skakać. Właśnie dlatego potrzebujemy rytmu regularnych odświeżeń, które dostroją się do dynamiki percepcji. W jednej minucie zmieści się nawet parę takich odświeżeń. Jednak w przeciwieństwie do chaotycznego surfowania po sieci, niezbędna jest regularność. Wypracowaniu tej regularności służy powtarzanie mantry, dostrojenie oddechu lub krążenie uwagą po ciele. Uszy, nos, gardło, mostek, brzuch, stopy.

Wariantem takiego krążenia jest tzw. Mała Orbita ćwiczenie qigong, w którym zataczamy koło rozpoczynając od dolnej wargi, spływając uwagą w dół brzucha, a następnie prowadząc ją w górę po plecach aż do czubka głowy. Dzięki takiemu ćwiczeniu odnajdujemy angażującą dynamikę, na której możemy “jechać”.  Wewnątrz tej dynamiki odkrywamy przytomność – subtelny, tajemniczy stan w którym orientujemy się w aktualnym momencie. Przytomność przydarza się kiedy umysł jest odpowiednio pobudzony; żywy, jednak nie przestymulowany.

Przytomny umysł zacznie dostrzegać coraz więcej intrygujących niuansów. Usłyszymy przejeżdżający samochód albo poczujemy anatomię ciała; w panoramie naszego doświadczenia zagoszczą detale i szczegóły, które uchwycimy zmysłami lub odczujemy w ciele. Przypominają one latające owady; widzimy je i zaraz ich nie ma! Ważne jest, aby umysł był większy od swoich gości; wówczas uwaga nie będzie gonić każdego odkrycia jak podniecony pies. Przytomny umysł jest polem, w którym dzieją się małe cuda. Sama przytomność także przychodzi i odchodzi. Nieuchronnie i neutralnie “wpadniemy” w różne myśli, emocje i wspomnienia jest to częścią medytacyjnego rytmu. Zaakceptuj go zamiast wyrzucać sobie, że nie potrafisz “utrzymać uważności” obserwuj rytm odnajdywania i gubienia, chwytania oraz puszczania ów wieloosiowy proces jest właśnie dynamiką medytacji. To oczywiście tylko wierzchołek bogactwa, na które składa się funkcjonowanie ciała i percepcji. Świadomość nie mogłaby objąć wszystkiego. Jak powiedział Fernando Pessoa; gdyby serce zaczęło być świadome, przestałoby bić.

Powiedzmy sobie jasno: medytacja nie jest procesem “maksymalizacji świadomości”. Medytujący umysł jest zanurzony w nieświadomości, przyjemnie obmywany przez jej fale. Czasami umysł osunie się w półsen okazuje się, że świadomość składa się z cieniutkich, przenikających się warstewek. Podczas praktyki przesycasz się przez nie; jeżeli medytujesz rano możesz odnaleźć minione niedawno sny “plumkające sobie” na horyzoncie umysłu. Odkryjesz także, jak bodźce z otoczenia pobudzają umysł na subtelnych poziomach; odległy śmiech uruchomi wspomnienie; zanim jednak je rozpoznasz, zdąży już zniknąć. Takie muskanie głębokich warstw umysłu jest cudem, którego doświadczymy wyłącznie podczas głębokiej medytacji czy np. w komorze deprywacji sensorycznej.

Relacja z bólem podczas medytacji

Oczywiście podczas praktyki nie spotkają Cię wyłącznie wrażenia subtelne i piękne jak promienie muskające powieki; pojawi się także mnóstwo bólu, dyskomfortu, męczącego myślenia i dotkliwych napięć zgromadzonych podczas dnia. Bardzo dobrze.  Umysł raczej nie zwali na nas wszystkiego na raz (pomijając wyjątki związane z zaburzeniami psychicznymi); zaserwuje raczej bodziec o małej lub średniej intensywności, który potrwa parę chwil, a potem minie. Daje to nam bezcenną szansę wglądu w ból i dyskomfort bez natychmiastowej reakcji ucieczkowej. Możemy “rozejrzeć się” po bólu, zwiedzić nieprzyjemne wspomnienie czy dotknąć zapętlonej myśli. Wpłynie to na próg doświadczania; przebijemy się do subtelniejszych warstw dyskomfortu i odkryjemy kolejny raz, że umysł jest większy od swojej zawartości. Nie ma tragedii; z takimi bólami da się żyć, a jednocześnie nie trzeba ich spychać, tłumić, uśmierzać czy odeń uciekać – pozwalamy mu być. Nieraz takie dozwolenie prowadzi do olśniewających odkryć. Dojdziemy do świeżych, “ludzkich” wniosków – nie tyle refleksji czy morałów, co błyskawicznych wglądów – które mogą trwale zmienić naszą relację do dyskomfortu, zwiększyć tzw. rezyliencję, czyli sprężystość percepcji i odporność na ból, a także złagodzić mechanizmy ucieczkowe, które często są “zamiataniem pod dywan”. 

Takie odkrycia potrafią wybić umysł z zapętlonej rutyny, zmienić tory myślenia i doznawania, co wpłynie na całą postrzeganą rzeczywistość – oświetli ją z nieco innej perspektywy. Ciekawość rozbudzona w ten sposób zasypie nas podarkami wysupływanymi ze zwyczajnych czynności; znajdziemy ciekawą barwę czerwieni, intrygujący dźwięk lub dziwną wymowę słowa (“szarla-ta-neria”) – innymi słowy umysł nabierze czułości i błyskotliwości. Takie wyczulenie się wynika z objęcia wszystkiego, co przychodzi – kiedy bowiem mocno filtrujemy nasze doświadczanie “wylewamy dziecko z kąpielą”. Percepcja jest subtelna i złożona, nie da się jej poszatkować na dobre-złe, przyjemne-nieprzyjemne – jeżeli to robimy, to po prostu tracimy więcej, niż zyskujemy.

Długotrwała medytacja pozwala odkręcić takie filtry dzięki rozwinięciu “całościowego spojrzenia”. Nie jest ono oparte na żadnej koncepcji, takiej jak współczucie, holizm czy uważność – po prostu rodzi się w nas, kiedy dobrze praktykujemy.

Medytacja jako ścieżka życia – refleksje po 12 latach praktyki

Praktyka medytacyjna może być kompasem i kotwicą, dzięki której Twój statek “życie” nie będzie dryfował po bezdrożach. Jednak aby medytacja spełniała funkcję, którą kiedyś wypełniał katolicyzm, nie wystarczy wyłącznie siedzieć na poduszce i czytać artykuły o uważności. Trzeba stopić medytację ze swoim realnym życiem, wtedy staje się ona ethosem, który prowadzi, nasyca mocą i chroni od bezsensu.

Pierwszą motywacją, dzięki której zacząłem medytować, były przewlekłe “problemy rodzinne”; a raczej wpisany w nie impas, dylemat, który towarzyszy pewnie wielu ludziom. Mój nastoletni umysł wyodrębniał dwie ścieżki działania – w skrócie dystans i konfrontacje, ucieczkę i atak – i wkrótce obie okazywały się nieskuteczne. Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że człowiek postawiony przed problemem sprowadza go właśnie do dwóch ścieżek. Nawet jeżeli nie jest to czarno-białe “albo-albo” to >>decyzja<< przybiera postać zrobienia czegoś lub nie zrobienia. Niezależnie od intelektualnych zasłon dymnych, wiele rzeczy można sprowadzić do binarnego wyboru. 

Medytacja miała być “trzecią drogą”, krokiem wstecz i zmianą własnej postawy. Uzasadnienie było następujące: niezależnie od podjętej decyzji, człowiek nie zmienia stanu umysłu, który tak często okazuje się korzeniem problemu. Właśnie dlatego jego działanie zazwyczaj jest kontynuacją danego stanu umysłu i utwierdza go. Ta perspektywa pozwala zobaczyć, ile na świecie jest błędnych kół; zapętlenie wydaje się zasadniczym elementem kondycji człowieka późno-nowoczesnego. Czasami koło jest na tyle duże, że wydaje się być linią. Czar pryska, gdy docieramy do miejsca, gdzie koniec staje się tym samym, nudnym początkiem. 

Uwierzyłem więc w medytację jako remedium na “ciągle-to-samo”, zaś moje myślenie skoncentrowało się na praktyce jako transformującym działaniu. Im więcej, tym lepiej. Nieraz praktykowałem parę godzin dziennie – można powiedzieć, że mój późnomłodzieńczy bunt przybrał kształt gniewnej ścieżki jogina. Moja sytuacja życiowa z pewnością zmieniła się, jednak nie uległa jednoznacznej poprawie. Stan umysłu zmienił się, ale problemy nie zniknęły; przybrały inną formę, zaostrzyły się albo wręcz pojawiły się nowe. Po około czterech latach nastąpił punkt zwrotny.

Dopiero parę lat później zrozumiałem mniej więcej, dlaczego; medytacja nie może być oderwana od ciała i codzienności. Niestety takie nieciągłości to spuścizna po katolicyzmie, gdzie wbrew zapewnieniom księży ciało traktowane jest jak coś gorszego, zaś codzienność NIE JEST duchowością, to raczej “ziemski mozół”. Myślę, że polska, zbiorowa nieświadomość właśnie tak podchodzi do “spraw duchowych”. Założenia te skutecznie hamują i zniekształcają praktykę medytacyjną, dlatego muszą być przepracowane i porzucone.

Medytacja musi być zintegrowana z codziennym życiem. Nie uwalniamy się od życia dzięki medytacji; odkrywamy raczej sposoby, aby przeżywać je głębiej takim jakim akurat ono jest. Rozumienie stanu medytacyjnego jako wielkiego spokoju wytwarza rozszczepiający konflikt; co bowiem robić z hałasem i dziećmi hałasu?  Nie da się odwrócić od czegoś, co jest częścią życia, można natomiast nie akceptować i stawiać opór temu co jest, dorabiając do tego duchowy wymiar. Ta karkołomna strategia nosi miano duchowego bypassingu i – żeby nie tworzyć bajek – każdy adept medytacji miewa bypassingowe momenty.  Istotne jest to, aby dalsza praktyka ujawniała je, a nie wzmacniała. 

Medytacja musi być także zintegrowana z ciałem. Mam przez to na myśli, że nie należy medytować z głową, lub  częścią ciała (np. brzuchem, czyli zbiornikiem energii w duchowościach Orientu) lecz całym, kompletnym, oddychającym i żywym ciałem. Dzięki objęciu całego ciała, odkryte dzięki praktyce błogość i spokój nie są odcięte od ruchu, dynamiki i zmiany. Typowym problemem entuzjastów medytacji jest “wytracanie się” przyjemnego stanu, kiedy trzeba zagłębić się w obowiązkach i po prostu ruszyć z poduszki. Częściowo wynika to właśnie z “medytowania głową”. Przypomina to wylewanie wody z dziurawej, puszczonej na dryf łódki. 

Kiedy przestałem myśleć o praktyce jako o buforze izolującym mnie od trudów codzienności, medytacja okazała się zupełnie czymś innym, niż myślałem przez pierwsze 4-5 lat jej kultywowania. Odkryłem między innymi, że wyrazistym skutkiem praktyki jest nie tyle cichy spokój, lecz pogłębienie doznań zmysłowych. Życie nie stawało się bardziej pokojowe i spokojne, raczej nabrało ekscytującej dynamiki. Oddychanie stało się angażującą, obejmująca całe ciało czynnością. Dźwięki, widoki i dotyk zyskały nowe wymiary; stały się odskocznią od informacyjno-werbalnego świata, w którym tkwi większość “Zachodzian”.

Wreszcie zacząłem inaczej doświadczać swojego myślenia, które u wielu nauczycieli mindfulness wskazywane jest jako wróg, którego trzeba się pozbyć. Zamiast wyłączać myśli, “oczyszczać umysł” czy “utrzymywać uważność” zauważyłem, że
– myśli nie są aż tak odcięte od ciała i zmysłów; stały się one znacznie bardziej “organiczną” czynnością
– tyrańska moc myślenia, które narzuca, męczy, nie daje spokoju, przytłacza i “nie chce przestać” zaczęła słabnąć
– myśli nie są dyskursywnymi i suchymi “linijkami tekstu”, są związane z nastrojem, nasycone emocjami i jako takie, znacznie ciekawsze niż myślałem
– nie są tak dualistyczne i binarne; zamiast fiksować się na albo-albo, myśli nabierają kontekstualnej dynamiki, mieszczą w sobie wiele stron naraz

Krótko: myślenie nie było tym, czym myślałem, że jest. Nie było ani moim wrogiem, ani “nieadekwatnym odczytaniem rzeczywistości”. Stopniowo porzuciłem wyobrażenie, że myśli starają się “coś wyjaśnić”; zobaczyłem je raczej jako sposób ekspresji i organiczną funkcję ciała. Przestałem biadolić nad tym, że “pewnych rzeczy nie da się ująć w słowa”, zamiast tego znajdując przyjemność w różnorakim wyrażaniu własnych doświadczeń, bez pretensji do “obiektywności”, ale także bez “subiektywnego” zafiksowania.

Trudno wyobrazić sobie, że praktyka medytacyjna będzie “sama sobie wystarczyć”. Przez ostatnie dziesięć lat zrobiłem mnóstwo innych rzeczy; nauczyłem się tybetańskich oraz chińskich technik kontemplacyjnych, przeczytałem pół biblioteki książek, poszedłem na terapię somatyczną, zacząłem ćwiczyć na siłowni, wprowadziłem trochę zmian do swojej dyscypliny pracy i jakości wypoczynku, zmieniłem nawyki żywieniowe i seksualne – wszystkie te inicjatywy były przystankami w medytacyjnym procesie. Na przykład, zrezygnowałem z niektórych potraw, zauważywszy, że po ich spożyciu przez trzy do sześciu godzin jestem dziwnie pobudzony, ociężały albo nerwowy. Wcześniej, gdy byłem odcięty od ciała, nie mógłbym tego tak precyzyjnie zauważyć. Zrezygnowałem całkowicie z grania w gry komputerowe kiedy spostrzegłem, że ten rodzaj rozrywki odcina moje ciało, usztywnia mięśnie i niebezpiecznie wpływa na ośrodek przyjemności. Odkryłem, że nadmierna aktywność seksualna pozbawia mnie sił witalnych. Nadal uczę się dbać o dobry poziom dopaminy i serotoniny dzięki dobremu kontaktowi z własnym ciałem. Dlatego można powiedzieć, że medytacja obejmująca całe życie po prostu podsuwa nam rzeczy, nad którymi warto się pochylić. Myślę, że człowiek, któremu szczerze zależy, zobaczy=kiedy coś nie gra; właśnie dlatego dobra medytacja to aktywność “cało-życiowa”, czyli po prostu głęboko moralna. 

Kiedy medytacja staje się takim holistycznym, moralnym działaniem, możemy nazwać ją ethosem. Ethos jest drogą życia; pewną całością, która nadaje życiu sens, przenika wszystkie działania bez dualistycznych konfliktów. W Polsce Katolicyzm był takim ethosem; obecnie przestał nim być dla wielu ludzi, także osób nadal deklarujących się jako katolicy. Wynika to z zaostrzonych konfliktów oraz sprzeczności, które zostały wyrażone w katolickiej doktrynie. Katolicyzm to ethos wysoce warunkowy; pewne rzeczy są obowiązkowe, inaczej trawi nas poczucie winy lub sprzeczności.

Nowoczesny sposób życia jawi się tak “na bakier” wobec katolickiej dogmy, że mnóstwo ludzi porzuca ją, albo odprawia powierzchownie. Wtedy ich religia ulega tzw. zombifikacji. Z kolei wytrwały praktyk medytacji nie porzuca niektórych działań dlatego, że tak mu każe doktryna; praktyka umożliwia raczej głębokie przetrawienie szkodliwości/jałowości, zaś rozjaśniona refleksyjność dostrzega zarówno dlaczego coś jest niepotrzebne, jak i w jaki sposób stopniowo się od tego uwolnić. Nie wyklucza to zmagań, wyzwań i porażek, wszystko jednak otulone jest głębią i światłem, które zapewnia nam właściwie prowadzona praktyka. 

Wreszcie, medytacja nie jest czymś deklaratywnym; nie ma sensu “identyfikować się jako medytujący”. Medytację się po prostu praktykuje; jest ona rodzajem rzemiosła,  sztuki życia. Robi się ją, stawiając kolejne kroki na własną rękę, co nie wyklucza wsparcia bliskich lub mądrzejszych ludzi.  Możesz praktykować pół godziny dziennie, albo trzy godziny dziennie. Po trzech godzinach dobrej medytacji NAPEWNO poczujesz się inaczej. Jeżeli robisz to właściwie, to zauważysz różnicę. Jeżeli zauważysz różnicę, to po prostu chcesz więcej. Masz świadomość, że to, czego pragniesz jest dobroczynne, pozbawione skazi i ciemnych punktów. Im więcej tym lepiej; żadnych wątpliwości.

Po ponad dwunastu latach praktyki, a także roku codziennej medytacji mogę powiedzieć z pewnością: medytacja przekształciła moje doświadczenie rzeczywistości oraz stała się tak naturalna i niezbędna jak pożywianie się, sen czy higiena osobista. Jednocześnie, medytacja jest nieskończoną podróżą, zaś jej intensywność i odkrywczość zależą od ciekawości, zaangażowania i włożonego w nią czasu. To niewyczerpalny punkt odniesienia w moim życiu, do którego zawsze mogę sięgnąć. Staram się stopniowo zwiększać czas, który na nią poświęcam. Różnie z tym bywa, ale wiem, że za dziesięć, piętnaście lat będę praktykował min. dwie godziny dziennie. Świadomość tego daje mi poczucie bezpieczeństwa także wtedy, kiedy myślę o śmierci i starości.

Dlaczego warto praktykować medytację w ramach konkretnej tradycji?

Zachodni świat od prawie stu lat próbuje dokonać konwersji mądrości Wschodu. W ten sposób powstają zarówno całe nurty jak i pojedyncze inicjatywy. Założenie jest proste – weźmiemy starą tradycję i przetłumaczymy jej symboliczny i niezrozumiały język i “wyjaśnimy” współczesnym ludziom o co tak na prawdę chodzi. Wszak dysponujemy większą wiedzą i racjonalną procedurą naukową, więc to musi się udać! Niestety, to tak nie działa – mądrości starej tradycji nie da się “wyekstrahować”.

Dlaczego takie pomysły jak mindfulness tak często nie działają? Do gruntownej przemiany potrzebna jest nie tylko technika medytacji, ale także gruntowna przemiana postrzegania i myślenia o świecie. Widać to, rozmawiając z osobami praktykującymi w ramach starych tradycji religijnych. Ich myślenie jest bardziej dojrzałe, ponieważ praktykują ścieżkę, która oprócz treningu oferuje złożony, wielowarstwowy i spójny światopogląd. Pochodzi on z określonej kultury i przeszedł setki lat ewolucji. To zakorzenienie jest wyczuwalne i opiera się o wielopokoleniowy przekaz oraz silne struktury edukacyjne takie jak klasztory czy szkoły. Światopogląd opiera się także o odbicia tradycji w świecie fizycznym – w świątyniach czy religijnych artefaktach. Wszelkie opowieści o boskich mistrzach sprzed 1000 lat pozwalają odczuć więź z symbolicznie nieskończonym i nieśmiertelnym przekazem religijnego doświadczenia. Oczywiście, można spotkać wielu dojrzałych praktykujących wykształconych w oparciu o zachodnie tradycje psychologii, filozofii i psychoterapii – ale nadal są to lata studiów i doświadczenia, a nie “esencja” nauczona na 8 tygodniowym kursie.

Praktykując w tradycji religijnej możesz mieć pewność, że wiele pokoleń temu inni uczyli się z tych samych tekstów, wykonywali te same praktyki i mieli podobne ich rezultaty. Możesz pojechać do dowolnego ośrodka, w dowolnym kraju na świecie i spotkasz tam ludzi, których rozumiesz od pierwszego wejrzenia – praktykują bowiem w tej samej linii. Każda z tych osób, nie ważna czy młoda czy stara, jest Ci bliska, ponieważ posiadacie wspólną tożsamość. Doświadczacie podobnych rzeczy, które ujęte są we wspólną, zintegrowaną narrację. Wystarczy, że spojrzyjcie na ten sam wizerunek; jeśli praktykujecie z danym bóstwem, to z automatu współdzielicie swoje doświadczenie, nawet o tym nie myśląc. To współdoświadczanie nie jest “czymś co się robi” lub “ćwiczeniem”. Nie wymaga tworzenia specyficznych warunków treningowych, jak na kursach mindfulness, gdzie za każdym razem trzeba stworzyć sztuczne ramy na późniejsze doświadczenie. W religijnej tradycji, wszystko to staje się elementem doświadczanej rzeczywistości. Gdy widzisz ołtarz, nie potrzebujesz racjonalizować jego elementów – po prostu czujesz jego moc, jako elementu całego religijnego kosmosu.

Łączności z religią i innymi praktykującymi nie trzeba sztucznie podtrzymywać, ponieważ jest ona w Tobie głęboko zakorzeniona. Co więcej, współdzielisz to doświadczenie ze wszystkimi którzy mają do niego dostęp obecnie, a także z tymi, którzy mieli je setki lat temu i będą je mieli w przyszłości. To ponadjednostkowe kontinuum buduje fundament religijnego przekazu. Sam przekaz opiera się na uniwersalnej, a zarazem unikalnej symbolice będącą nośnikiem przekształconego sposobu poznania świata. Dzięki temu między praktykującymi w jednej tradycji czy religii tworzy się specyficzną więź, rodzaj porozumienia, jaki masz ze starym przyjacielem lub członkiem rodziny. Nie uświadczysz tego w nowych nurtach, na warsztatach duchowego rozwoju czy na Youtubie. Struktury w rodzaju kursów, gdzie spotykają się przygodni ludzie po prostu nie są w stanie wypracować takich relacji.

Dobre wieści! Postmodernizm umiera

Masz dosyć życia w zagubieniu i otchłani wątpliwości? Wstydzisz się być decyzyjnym, a podjęte decyzje bez końca roztrząsasz w myślach? Egzystujesz pośród przytłaczającej wielości pełnej bezsensu? Czujesz, że ciągle dryfujesz, gdzieś pomiędzy przyjemnością a próżnią, nieogarem i nudą, “czymśtam” a “niczym”? I… myślisz, że właśnie “takie jest życie”? Mamy dobre wieści! Stan, który Ciebie nawiedza nazywa się postmodernizm i nie jest permanentny. Wiele wskazuje na to, że dobiega końca.

Myślę, że każdy czytelnik ma intuicję tego, o czym piszę. Nie każdy jednak rozpoznaje cechy i symptomy tak zwanego “postmodernizmu” tworzących “Doomera”, człowieka późnej nowoczesności. Zresztą, sama orientacja postmodernistyczna skutecznie przeciwdziała formułowaniu jasnych osądów.

W życiu codziennym, postmodernizm przejawia się w relatywizowaniu wszelkich pojęć i rozwiązań instytucjonalnych, puszczaniu cynicznego oka i odruchowym podkopywaniu zdeklarowanych światopoglądów przy pomocy ironii, krytyki i szyderstwa. Postmodernistyczny styl życia to także nieustanny dysonans decyzyjny maskowany ironią a także… rozwalanie każdej ciekawej dyskusji tekstami typu “wiesz, bywa różnie” albo “wszystko jest relatywne”.

Postawa modernistyczna przeniknęła także do duchowości. Jest ona mieszaniną teorii “gwiazd postmodernizmu” takich jak Derrida czy Foulcault oraz elementami filozofii orientalnych, np. buddyzmu zen czy hinduistyczych Upaniszad. Powstały “produkt” dorabia duchową otoczkę do podejrzliwości wobec wszelkich religijnych i tradycyjnych koncepcji, poprzestając na frazach typu: “prawdy nie da się ująć w słowa” czy “wystarczy po prostu być teraz”.

Niestety, często rezultat jest nijaki; medytacja i osobista duchowość stają się zamrożone w rozwoju i bezkształtne, zaś przyswajane nauki “nie wsiąkają” w człowieka. Tej blokadzie sprzyja niedosiężny cel, jakim jest oświecenie – przypisywanie sobie takiego osiągnięcia jest nie tylko paradoksem (“ego” nie może osiągnąć oświecenia), ale także społecznym faux pas. Duchowe dysputy zapętlające się do oskarżania siebie nawzajem “o przywiązanie do osądów” i sugerujące “uwolnienie od ego” to wymowne przykłady postmodernistyczych rozmów. Ego jest tutaj głównym podejrzanym, które oskarżane jest o każde “odstępstwo” od niewidzialnych, ale dość określonych reguł: nie osądzaj, nie zajmuj mocnego stanowiska, aby nie eskalować różnic zdań, ZAWSZE bądź miły, nawet jeżeli w środku czujesz inaczej. Rezultat? Potężna powtarzalność. Po blisko 10 latach zainteresowania medytacją nadal słyszę te same wypowiedzi.

Będąc zmęczonym tym klimatem myślowym ogromnie ciesze się z artykułu Bogusława Wajzera, który przeczytacie TUTAJ. W pigułce: tekst mówi o tym, że ludzie mają dość postmodernistycznego stylu życia, na który składa się podważanie i kwestionowanie wszystkiego bez pozytywnych wniosków, negatywne podejście do “Wielkich Narracji”, dysonans, rozstrzęsienie pomiędzy możliwościami, agresywna postawa do afirmatywnych twierdzeń, “totalitarny relatywizm” i co tam jeszcze. Taki klimat myślowy zdążył głęboko stopić się z naszym myśleniem o świecie. Na szczęście, czasy jego dominacji już dawno za nami: postmodernistyczna wizja świata nie jest ostateczna.

Wajzer – używając przykładu netfliksowego serialu Stranger Things – opowiada o tym, jak ludzie tęsknią za afirmatywnym przeżywaniem świata i odczuwają to jako “nostalgię”. Rozczarowani i permanentnie zagubieni w ponowoczesności, umysły zwracają się do dzieciństwa, lat 70, 80 i 90tych. Symbole tamtych czasów, muzyka i moda, stają się wehikułem do “cofnięcia w czasie”. Myślę, że ta potrzeba nostalgii sygnalizuje włąśnie zmęczenie postmodernizmem, jako domyślnym stanem życia.

Nostalgia za czasami “niewinnej młodości” to coś znacznie więcej niż odkurzanie starych zabawek. To kulturowy sygnał: możemy nie tylko uwolnić się od błędnego koła krytycyzmu, negacji i podejrzliwości, ale także zaadaptować w swoim życiu afirmatywne narracje, które proponują nam kompletny kosmos, w którym możemy marzyć i żyć.

Czy nie takie było życie w beztroskim dzieciństwie? Potrzeba wyboru i podążania za którąś z Wielkich Narracji jest także widoczna w ogromnym zmobilizowaniu politycznym po lewej i prawej stronie. Masowe zaangażowanie w ruchy ekologiczne ukazuje powszechny głód wartości; poszukiwania czegoś czego się broni, za czym się stoi. Z drugiej strony, świat ogląda bezprecedensowy powrót do wartości patriotycznych; zarówno w wydaniu regresywno-agresywnym jak i folklorystyczno-wspólnotowym. Oczywiście niektórzy demonizują wszelkie emocje związane z wspólnotami tradycyjnymi i narodowymi; jednak ta demonizacja odsyła nas z powrotem do postmodernistycznego tygielka!

Mem “Doomera” i jego kolejne odsłony są ekspresją pytań, jak wyjść z błędnego kółka kwestionowania wszystkiego – myślę, że mnóstwo ludzi jest udręczonych takim zapętleniem pomimo ironii, którą wciąż mają na ustach. Wydaje się, że odpowiedź leży w zaufaniu. A czemu ufać? Najpierw warto zaufać sobie, a co za tym idzie, nie negować i overthinkować do bólu każdej swojej myśli i decyzji. Nawet, kiedy człowiek “nie wie kim jest” (jak w buddyzmie zen) to nie jest skazany na chaos wątpliwości! Człowiek jednak nie stanie na samym sobie; każdy potrzebuje dodatkowej podpory. Dlatego następnie warto zaufać którejś z Wielkich Narracji – spójnym wizjom świata zawierającym sensy życia oraz motywacje i kierunki działań.

Postmodernizm poszatkował Wielkie Narracje na wirujące w próżni elementy, które rzekomo da się dowolnie poskładać. To jednak nieprawda. Kosmiczne frankensteiny (takie jak ruch New Age) okazały się krótkotrwałe i martwe w środku. Myślę, że światopoglądowe składaki nie dają długotrwałej mobilizacji do działania; skazują nas raczej na recykling idei, wciąż nowych, konsumowanych i kolejno wysysanych z przelotnej inspiracji. Co więcej, ponowoczesne światopoglądy zwykle mają charakter globalny i uniwersalny; dotyczą “wszystkich ludzi” albo “wszystkich istot” i opierają się na abstrakcjach, takich jak “Miłość”, “Świadomość”, które totalizują rozmowę i wypierają z niej konteksty, niuanse, wszystko to, co czyni rozmowę naprawdę interesującą. Nie będę odkrywczy, kiedy powiem: “No tak, każdy ma swoje zdanie” lub “…ale najważniejsza jest w tym wszystkim uważność i świadomość”.

Z kolei koherentne Wielkie Narracje; dynamiczne, ale także ponadczasowe kosmosy z ich granicami po prostu działają na człowieka inaczej. Także, czy to w stronę ekologiczną, czy seksualno-tożsamościową, czy narodową, czy tradycyjną – ludzie powracają do Narracji, uniwersalnych lub lokalnych. Towarzyszy temu zaostrzenie sporów i ogólna polaryzacja, ale to nie wszystko. To jest pierwszy etap fermentu, jakie będą następne?

Wierzę w to, że człowiek potrafi refleksyjnie kultywować którąś z Wielkich Narracji. Czyli: robić to bez polaryzacji i bez zawężenia refleksji. Istotne jest także, z czego składają się Wielkie Narracje? Czy możemy ujrzeć ich architekturę bez rozmontowywania ich? Wielka Narracja jest bowiem rozłożystą architekturą idei, które ewoluowały w czasie, tj. aktualizowały się, zachowując pewne fundamenty.
Być może też – co wymaga głębokiej rozwagi – pewne narracje są niekompletne i mają swoistą datę ważności; w końcu przestają być dobrymi “wehikułami” do życia, relacji z innymi i patrzenia na świat i przedawniają się.

Dla mnie, takimi narracjami są – niestety – katolicyzm oraz jego wysoce reaktywny wróg, czyli uogólniona postawa liberalno-lewicowa. Katolicyzm “zużył się” z wielu względów; jaskrawo dualistyczna struktura doktryny katolickiej jest konfliktogenna od początku swojego zaistnienia w historii: konflikty i sprzeczności nieuchronnie rodzą się w katoliku (jego umyśle, sercu, ciele) a także w jego relacjach z innymi. Jeżeli uczciwie przyjrzymy się chrześcijaństwu, widzimy sprzeczności i dziwne schematy emocjonalne (np. fiksacje na męczeństwie), które regularnie powtarzają się w chrześcijańskim kosmosie. Nie odrzucam przez to całej tradycji, studiuję ją już ponad dziesięć lat i spoglądam na nią kompletnie.

Sprawa wygląda podobnie z tzw. orientacją lewicową; jest ona niekompletna, ponieważ wywodzi się z krytyki, zanegowania i buntu (które są raczej etapem niż przystanią), zaś proponowane przez nią rozwiązania instytucjonalne progresywnie zmierzają co absurdu. Dzieckiem tej orientacji jest także sam postmodernizm. Zresztą – uwaga, tajemnica poliszynela! – lewica współdzieli z chrześcijaństwem MNÓSTWO postulatów, takich jak zrównanie ludzi oraz uniwersalizacja doktryny (dla wszystkich, dla każdego) oraz negacja zastanego porządku (u zarania chrześcijańska: porządek rzymsko-grecki, zaś u lewicy: chrześcijaństwo i “wyemanowany” zeń porządek gospodarczy). Zarówno chrześcijaństwo, jak i liczni adwersarze tej religii opierają się na progresywnym założeniu, że “później będzie lepiej, a kiedyś było gorzej”, niezależnie czy chodzi o Niebo, ponowne przyjście chrystusa, nastanie społeczeństwa bezklasowego czy bezpłciowego (w rozumieniu “przewalczenia” podziału na dwie płcie)

Przewlekła walka i polaryzacja tych dwóch narracji wróży jałowy i wyniszczający konflikt, zaś próby dystansowania się od niego – z braku alternatyw – tworzą nijaki i stroniący od konkluzji światopogląd, nabity wątpliwościami. Na szczęście człowiek, który zadba o szerokość (i wysokość!) horyzontów znajdzie coś innego poza zablokowanym konfliktem i nijakim relatywizmem.

Czy możemy zatem koegzystować ze sobą bez zgniłego kompromisu i bez udawania, że nie mamy światopoglądów? Zdolność do takiego współżycia bierze się po prostu z dojrzałego charakteru, który zdolny jest do recepcji i objęcia różnic. Wyznawany światopogląd nie może być reaktywny; czyli powstający wyłącznie w kontekście walki z innymi wizjami świata- musi być autochtoniczny, tj. samodzielny, wypróbowany i pomyślny w życiu, ukazujący życia bogactwo i piękno, mądrze przyjmujący koleje losu i oświetlający całą egzystencję w kontekście czegoś wyższego, Najwyższego; czy jest to Świętość, czy planeta Ziemia, czy przeobrażenie percepcji (buddyzm) czy coś jeszcze innego.

Praktykuj, głupcze!

Każdego dnia jesteś co raz bliżej śmierci. Jest wiele rzeczy ważnych, jednak praktyka jest najważniejsza, ponieważ zmienia perspektywę, z którą patrzysz na wszystko inne. Praktykuj codziennie, nie ma żadnego “ale”!

Nie możesz myśleć o duchowości, wyobrażać sobie jej i pragnąć – możesz próbować, lecz to tylko marna kopia – zlepek wyobrażeń. Dopiero gdy ją zobaczysz i pozwolisz jej zagościć w Twojej życiu, doświadczysz prawdziwej przemiany, która wniesie jakość świętości w Twoje doświadczenie.

Wtedy, wszystko to co było do tej pory, przestaje nim być – przemienia się. Dopiero wtedy zauważasz, że wszystko to co traktowałaś jako prawdziwe, było tylko wyblakłą kalką rzeczywistości. Staje się to widoczne z perspektywy blasku i mocy, które nabiera Twoje doświadczenie.

Przekształcając własne poznanie, zmieniasz rzeczywistość. Ona nie jest dana obiektywnie, lecz zależy od poznającego i jakości poznania. Jeśli nie medytujesz – nie masz na ten temat nic do powiedzenia, nawet jeśli z Twoich ust płynie wiele słów. Tak samo, jak zwierzę nie wie czym jest ludzkie poznanie – choć działa to też w drugą stronę. Przekształcona percepcja nie jest percepcją zwyczajną, do której dołączone zostały nowe elementy – zostaje ona gruntownie przemieniona.

Kiedy intensywnie praktykujesz i budujesz dostęp do świętej rzeczywistości, zapominasz czym jest zwyczajność. Pomieszanie i cierpienie staje się dla Ciebie jedynie mglistym wspomnieniem. Tak samo jak dorosły wie że był dzieckiem, ale nie pamięta jak to było nim być, bo jest już kimś innym. Medytacja naprawdę zmienia wszystko.

Niestety, jeśli okoliczności życiowe się zmienią, to znów się tam znajdziesz – spadniesz w sam dół ciągłego niezadowolenia i niezaspokojonego pragnienia. Tam, możesz zatrudnić cały sztab specjalistów, którzy zaplanują Twój powrót na szczyt – bezskutecznie. Musisz znów wyjść tylnymi drzwiami – zabrać się do praktyki i czekać na swoją kolej!

Kiedy praktykujesz, nie spoczywaj na laurach – pamiętaj, aby wytrwale kontynuować. Kiedy tracisz moc, nie daj się zwieść – nie ma innej drogi do Prawdy – po prostu wróć do praktyki. Wiem, że masz dużo zajęć – praca, nauka, dom, rodzina, hobby. Niestety, ale “później” zwykle trwa wiecznie. Znalezienie choć 20 minut dziennie na praktykę jest Twoim obowiązkiem. Nie ma nic złego w krótkiej przerwie, jeśli rzeczywiście okoliczności tego wymagają. Ale proszę, nie zapominaj o tym i nie pozwól na utratę tego, co niezwykle cenne.

Dlaczego kapłani popełniają seksualne zbrodnie?

Kolejne publikacje ujawniające zbrodnie księży katolickich prowadzą nas do pytania: jak możemy mądrze poradzić sobie z tą katastrofą? Zaciekła nienawiść nie wystarczy. Wskazywanie winnych nie wystarczy. Niewłaściwe przyjęcie tej tragedii może straumatyzować naród na kolejne lata. Dlatego spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, skąd wzięły się tak porażające zwyrodnienia?

Pedofilia i zbrodnie seksualne w Kościele Katolickim to katastrofa dla całego narodu; także tej części Polaków, którzy deklarują się jako ateiści. Niezależnie bowiem od powierzchownych i deklaratywnych poglądów, zdecydowana większość Polaków pozostaje katolikami, nawet jeżeli są to “niewierzący katolicy”. Widać to chociażby w języku potocznym; krytycy i hejterzy używają słów zaczerpniętych z doktryny katolickiej do potępiania kościelnych zbrodniarzy. Mam tu na myśli m.in. takie słowa jak “zły” i “winny”. Słowa te nie są wyjęte z próżni; mają one swój bagaż znaczeniowy, i przynależą do “kultury winy”, do której zalicza się katolicki sposób patrzenia na świat. W złożonej architekturze pojęć, która tworzy światopogląd Polaka Katolika, zabrakło jednak serca, czyli Świętości.

Polski Kościół jest pozbawiony Świętości

Zjawisko “niewierzącego katolika” obejmuje nie tylko świeckich, którzy wyrzekli się Boga chrześcijańskiego i zostali ateistami, ale także hierarchów i innych kościelnych urzędników.

Współczesny polski kościół katolicki jest pozbawiony Sacrum; nie ma go w słowach kapłanów, nie ma Świętości w monotonnie odtwarzanych mszach. Świętość ulotniła się niepostrzeżenie, niewielu zauważyło jej zniknięcie. Tak, to pewne uogólnienie; istnieją bowiem takie wyjątki jak ks. Jan Sochoń. Jeżeli interesuje Was, jaka jest świętość, poczytajcie jego wiersze. Sochoń przepięknie wyraża obecność sacrum w codziennym życiu. Przeczytacie o tym tutaj. Nie czuję jednak, aby takie jednostki były częścią Kościoła; egzystują one raczej na peryferiach tej przytłaczającej instytucji.

Wiara w Boga jakiejkolwiek tradycji i poczucie Świętości (w chrześcijaństwie uosobione w Duchu Świętym) nie są “stanami rzeczy”, które dostaje się raz na zawsze. To raczej subtelne stany umysłu (i ciała), wysoce wrażliwe na codzienne działania.

Właśnie dlatego starożytni ludzie tak unikali miazmy, zmazy czyli rytualnej nieczystości; bali się bowiem utracenia kontaktu ze Świętością. Tzw. katharsis było oczyszczeniem, które odnawiało relację ze Świętością. Ta dynamika tracenia i odzyskiwania kontaktu z Sacrum jest losem ludzi prawdziwie religijnych. Wysokie standardy moralne nie są “sztuką dla sztuki” czy “handlowaniem o Niebo”; to raczej utrzymanie umysłu i ciała w kondycji, która pozwala na codzienne obcowanie z boskością.

Kapłan, który dopuszcza się okrucieństw w stosunku do dzieci zupełnie utracił relację z Sacrum. Domyślam się, że kapłani w ukryciu piją, palą, kopulują z prostytutkami, skąd jednak taki kaliber dewiacji, jak pedofilia? Czy istnieje zrozumiała odpowiedź na to pytanie?

Jak mądrze nie robić rzeczy


7 Cóż więc powiemy? Czy Prawo jest grzechem? Żadną miarą! Ale jedynie przez Prawo zdobyłem znajomość grzechu. Nie wiedziałbym bowiem, co to jest pożądanie, gdyby Prawo nie mówiło: Nie pożądaj!2 8 Z przykazania tego czerpiąc podnietę, grzech wzbudził we mnie wszelakie pożądanie. Bo gdy nie ma Prawa, grzech jest w stanie śmierci.
(Nowy Testament, List do Rzymian)

Czy istnieje sprzężenie zwrotne pomiędzy systemem zakazów i nakazów a ich łamaniem? Oczywiście. To słynny “zakazany owoc”, który prowadzi nas do kluczowego pytania: Jak nie robić rzeczy? Jak przestrzegać reguł? Niemądrze przestrzeganie reguł prowadzi do stłumienia; wyparcia energii “chcenia”, która wyrodnieje, ucieka z pola świadomości i powraca jako potwór. Co byś zrobiła, gdybym zakazał Tobie wychodzenia wieczorem z domu? To oczywiste, że chciałabyś to zrobić, ale wyobraź sobie naprawdę dobrze, co dzieje się w umyśle, który pragnie czegoś, co zostało zakazane. Powstały opór wytwarza nieprzyjemne tarcie, a jednocześnie rusza lawina nieświadonych procesów, w których nie da się jasno zorientować. Skutki tego zablokowania nawarstwiają się latami. W końcu czara przelewa się, potwór wychodzi na wierzch i sieje zniszczenie.

Zinstytucjonalizowanie zahamowania seksualnego to wielkie, cywilizacyjne przedsięwzięcie Kościoła Katolickiego. Tysiące przykładów pokazuje, że jest ono po prostu niebezpieczne. Być może, taka zgubna instytucjonalizacja to fabryka potworów, które rodzą ksenomorfy w ciałach księży. Powątpiewam bowiem, że klerycy są instruowani, co robić z własnym pożądaniem. Przypuszczam, że pożądanie seksualne zostaje po prostu obłożone anathemą. Następnie powstają sekretne drogi ujścia, “wentyle bezpieczeństwa”, to jednak nie rozwiązuje fundamentalnego problemu. Wszelkie bowiem drogi ujścia – jak przysłowiowy muzułmanin, który pije alkohol w szafie, żeby Allah nie widział – są obciążone doktrynalną klątwą, która przygniata kolejne pokolenia kapłanów.

W Kościele Katolickim kleryk nigdy nie zostaje “inicjowany” we własną seksualność. Seksualność księży to seksualność chłopców. Nie ma w tej organizacji instytucjonalnych sposobów ogarnięcia męskiej seksualności, powstały jedynie patologiczne, instytucjonalne sposoby tłumienia katastrofalnych skutków nieogaru.

Sprawa wygląda nieco inaczej w przypadku zakonnic. U nich to Chrystus jest oblubieńcem, z którym wstępują one w wieczyste małżeństwo. Znane są przypadki mistyczek, które miewały po parenaście orgazmów dziennie. W ten sposób doktryna skanalizowała (i uświęciła!) kobiece pożądanie. Przeczytacie o tym w książce “Ekstazy Kobiece”.

Trzeba mocno podkreślić, że katolicka instytucja wyjątkowo źle poradziła sobie z dylematami wyłaniającymi się z męskiej seksualności. Ale nic straconego! Skoro papież Pius IX w 1854 wprowadził dogmat o niepokalanym poczęciu, a papież Pius XII dorzucił dogmat o wniebowzięciu Maryi (1950) czemu papież Pius XIII nie ogłosiłby dogmatu o Marii Magdalenie, świętej prostytutce, która wchłania w siebie siłę księży i przekazuje ją Jezusowi? Cała nadzieja w Piusach.

Dla pokazania alternatywy, w prawosławiu kwestia pożądania ta została opracowana zupełnie inaczej:

Pragnienia duchowe, zbiegające się w pragnieniu Boga, i pragnienia zmysłowe, „cielesne”, nie stanowią, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka dwóch pragnień różnych pod względem swego źródła: człowiek posiada w swym jestestwie JEDNĄ SIŁĘ POŻĄDANIA.
U człowieka, którego określiliśmy jako normalnego (Adam przed popełnieniem grzechu, święty – człowiek odrodzony w Chrystusie), ta siła pożądliwa,zgodnie ze swą naturą, jest całkowicie zwrócona ku Bogu – naturalnemu i normalnemu „obiektowi” pożądania człowieka.
(Terapia chorób duchowych; ekonomia pożądania)

Taka wykładnia otwiera przed kapłanem możliwość sublimacji własnego pożądania, tj. skierowania go ku Świętości. Podobne rozwiązania odnajdziemy także w innych religiach; w tantrze buddyjskiej czy duchowych ćwiczeniach daoistycznych. Czy Kościół Katolicki jest zupełnie głuchy na tego typu konieczności?

Nigdy nie należałem do ludzi kompromisu, wolę już żądać rzeczy niemożliwych. Myślę, że Kościół Katolicki powinien wypracować ekstatyczne narracje dla swoich kleryków, tak samo, jak zrobił to dla zakonnic. Drogi Kościele, możesz to zrobić nawet za plecami świeckich (gdzie dotąd robiłeś inne rzeczy), jednak bez tego, a na skutek społecznych nacisków, kapłaństwo wykształci mechanizmy totalitarne, co jeszcze bardziej uciemięży naturalne popędy swoich członków.

Misterium Męki Pańskiej

Dziś jest Wielki Piątek, najważniejsze święto w kościele katolickim.

Jednak, to nie jest zwykle święto – to misterium. Jego przeżywanie nie polega na wspominaniu czy jego odtwarzaniu, a na tworzeniu, urzeczywistnieniu jego sensu na nowo. Prawda w nim zawarta nabiera realności  – staje się żywa.

Przyznam, że nie wiem dokładnie, jak przebiega misterium. W kościele bywam może raz do roku, choć kiedyś zdarzało się to znacznie częściej. Jednak sama idea porusza mnie do głębi, powoduje gęsią skórkę, drżenie i budzi odczucie mistycznego blasku.

Byłem ministrantem przez siedem lat,  chrześcijaństwo porzuciłem kilkanaście lat temu. Nadal jednak znajduję w sobie doznania, które towarzyszyły mi podczas Wielkopiątkowego misterium. Tym bardziej, że będąc bliżej Ołtarza, pełniłem wtedy służbę – oddawałem część siebie, aktywnie je współtworząc. Pamiętam zapach kadzidła, kołatki, rytuał ognia, wielogodzinne czuwanie. To było coś innego, wyjątkowego, coś, czego nie rozumiałem, choć do dziś pamiętam kontemplacyjny nastrój zadumy, oczekiwania iżalu zmieszanego z nadzieją…

Dziś, w mitycznym czasie wielkiego powrotu  jeden człowiek, złoży największą ofiarę – swoje życie – w celu odkupienia grzechów wszystkich ludzi. Nieskończonej liczby istnień. Zaskakująca w tym jest metafora transakcji, bowiem Chrystus – odkupiciel, spłaci za nas dług, którego sami spłacić nie jesteśmy w stanie. Transakcja bezkompromisowa, dla nas opłacalna. Ale kto z nas, odważyłby się stanąć po drugiej stronie i złożyć siebie w ofierze? 

Nie wiem, co mnie szokuje bardziej. Czy przelew krwi, który się dokonuje, będący jednocześnie tragedią i wybawieniem czy fakt, że trzy dni potem nastąpi Zmartwychwstanie. Przekroczenie bariery, której przekroczyć się nie da. Złamanie największej tajemnicy – granicy życia i śmierci.

Czuję, że tuż obok mnie, otwierają się wrota. Za nimi, jest coś, czego nie rozumiem, ale czego świętą siłę odczuwam. Zachwyt, przerażenie, chwałę, blask. I to mi wystarczy.

Odbudujmy i chrońmy to, co wielkie

Pożar w katedrze Notre Dame jest drastycznym przykładem moralnego upadku sfery publicznej. Komentarze, które zaczęły masowo nawarstwiać się na wieść o tragedii to wielka erupcja ekscytacji i fantazji, odlatująca daleko od realności i konsekwencji pożaru. Wkrótce teorie spiskowe i wykrzywione postulaty polityczne staną się dominującym odbiorem tak tragicznych sytuacji. Międzynarodowa opinia publiczna potrzebuje mądrych głosów, które nawiążą ze sobą wnikliwe i trzeźwe dyskusje. Inaczej pochłonie nas ocean ignorancji.

Katedra to miejsce w czasie

Katedra Notre Dame jest symbolem wielkości, jednym ze wspanialszych, jakie wzniosła Europa. Ta wielkość przekłada się na 180 lat skoordynowanego ludzkiego wysiłku i dalsze 674 lata konserwacji budynku przez kolejne pokolenia. Katedra jest dosłownie pomnikiem tej pracy, mądrości i troski. Jej materialność, kamień, drewno, szkło i metal poprzedzają wszelkie wymiary symboliczne, które otaczają budynek. Piętnastego kwietnia w poniedziałek, współczesna generacja konserwująca katedrę “upuściła pałeczkę” i doszło do katastrofalnego pożaru. Wypadki tego typu są od paru lat główną przyczyną pożarów obiektów sakralnych. Kościoły płoną głównie przez zaniedbania podczas prac renowacyjnych. Przyczyna jest najprostsza: zabrakło uważności i czci. Jeden z historyków komentujących pożar powiedział “to nie są przecież zwykłe budynki”. I trafił w sedno; w panoramie naszej cywilizacji znajdują się uświęcone miejsca, które zasługują na szczególną uwagę. Są one wyżej, ponieważ nasza cywilizacja ma doliny, równiny i wysokie wzgórza. Taka jest całość naszego krajobrazu.

Katedra to miejsce świętości

Katedra Notre Dame to nie tylko budynek “z krwi i kości”, to także uświęcone miejsce. Uświęcenie jest tak bliskie materialności budynku, jak ludzka aorta jest bliska Boga (Koran 50: 16). Świątynia to dom dla świętości, przestronne miejsce, które ją chroni. Taki jest najpierwotniejszy sens świątyń. My, ludzie, budujemy je od zarania dziejów; wcześniej adaptowaliśmy jaskinie, potem wznosiliśmy budynki. Świątynia jest miejscem do wspólnego przeżywania Świętości, a jednocześnie odnalezienia z nią osobistego kontaktu. W sferze publicznej świętość została jednak kompletnie zapomniana. Ludzie masowo tracą zdolność do przeżywania świętości: zarówno w słowach i uczuciach. Ten wymiar życia po prostu zniknął. Można to jednak wyjaśnić: zburzono infrastrukturę, która umożliwia takie wspólne przeżywanie. Nie usłyszę jednak takiego głosu w debacie publicznej na tematu pożaru w Katedrze. Nie usłyszę go nawet krytycznie: nie ma mowy o świętości.

Katedra wzięta na języki

Jednocześnie, masowa wyobraźnia błyskawicznie zaludnia tragedię w Paryżu, liczę to w tysiącach komentarzy, które mnożą się, kiedy to teraz piszę. Prawie natychmiast gdy opublikowano informacje o pożarze pojawiły się teorie spiskowe, następnego dnia mnożą się ideologiczne pretensje dot. środków wpłaconych na odbudowę katedry. Sama tragedia pożaru zostaje zasłonięta tymi interpretacjami. W ciągu najbliższej dekady będziemy oglądać wizualizacje takich danych w czasie rzeczywistym, wraz z ich odchyleniami politycznymi. Język ludzki jest kodem, który zostanie złamany przez sztuczną inteligencję. Ile z głosów komentujących pożar w katedrze, to boty? Ilu użytkowników intelektualnie nie da się odróżnić od botów? Internet wypluwa ludzkie myśli w przygniatającym rozmiarze, masy mają głos i widzimy, jak ich używają/używamy. Internet jest bezprecedensowym ożywieniem kultury; nigdy w historii świata ludzie nie pisali tak dużo, i tak głupio. Internet to zwierciadło, w którym wszyscy się przyglądamy.

Jest to także porażające wyobraźnię narzędzie wojny politycznej, zwanej “wojnami kulturowymi”. To wojna umysłów; są one w niej zanurzone jak w wielkiej zupie. Kiedy przeanalizujemy spektrum dyskursów publicznych, narzuci się nam ich powtarzalność. Pod względem poznawczym są to głównie heurystyki. Stereotypy mnożą się na social media głównie ze względu na ramy przekazu. Krótkie wiadomości są angażujące emocjonalnie i łatwo się polaryzują (dlatego są polityczne).

Upolitycznienie komunikacji internetowej oraz platform komunikacyjnych wywiera ogromny wpływ na nasz światopogląd. Jednocześnie, większość dyskusji w Internecie jest powtarzalna i nacechowana niską kulturą: facebook nie jest agorą, tylko targowiskiem. W rezultacie, oglądamy świat w niskiej rozdzielności.

Media społecznościowe to chaotyczne środowisko komunikacyjne, gdzie umysły bezwiednie są wciągane w polaryzacje polityczne. Również głosy o wysokim statusie dają się uwikłać w to przekrzykiwanie. Boleśnie uwydatnia to poziom polskiej debaty publicznej; człowiek wstydzi się reprezentantów “obozu rządzącego”, “opozycji”, ekstremistycznych żenad, nadto i samego siebie, kiedy daje się wessać w jadowite, jałowe spory. Ta neutrotyczność i wtórna obrazkowość dyskusji otępia żywy intelekt. Dyskusje łatwo homogenizują się i marginalizują mnóstwo wątków i kontekstów. Rozmawiamy tak dużo, lecz wciąż kręcimy się tymi samymi uliczkami. Patrząc na bogactwo kultury (chociażby polskiej, a przecież istniejemy w kulturze globalnej, pol-anglojęzycznej), debata jest ogromnie zawężona, jest emocjonującą grą złożoną z ograniczonej liczby znaczeń i memów.

Algorytmy filtrujące YouTube oflagowały nagrania z pożaru Katedry jako “teorie spiskowe”. Jest to przykład bezradności; media próbują opanować kolejne fale odklejonej wyobraźni i ignorancji, w rezultacie trafiając w nagrania realnych wydarzeń. W przyszłości możemy spodziewać się ciasnych regulacji, takich jak art. 13 – dopiero totalitarna kontrola treści powstrzyma zalew głupoty, a jednocześnie zdusi wolność wypowiedzi.

Potrzebujemy mądrych ludzi

To spłaszczenie dyskursu publicznego ma wiele przyczyn, ukazuje jednak jedną potrzebę: potrzebujemy mądrych głosów. Potrzebujemy mądrych ludzi, zarówno jako Polacy, jak i Europejczycy. Potrzebujemy ich tak, jak piesek potrzebuje miski z karmą, czyli rozpaczliwie. Polski dyskurs publiczny jest zatkany, mnożone w nim memy są głównie polityczne. Tak rzadko pojawiają się pozytywne, nieuwikłane politycznie wartości. Wszystko kręci się wokół negatywizmu kłótni i charakterystycznej dla naszego narodu dziwnej heroiczności w “krzyczeniu do upadłego”.

Mądrzy ludzie mówią zachowawszy wielość kontekstów, bowiem nadmierna polaryzacja jest po prostu jałowa. Mądry człowiek dystansuje się od toksycznych dyskusji, ponieważ godzą one w godność i ogłupiają. Polemiczne dyskusje pożerają się nawzajem i tylko przepalają emocje. To angażujące, a jednocześnie męczące. Potrzebujemy zdrowej i twórczej wymiany myśli, w której nie uczestniczy pareset głosów naraz, tylko kilka. W odróżnieniu od konsultacji społecznych zanurzonych w mediach społecznościowych, potrzebujemy głosów wielkich ludzi, którzy patrzą sobie w oczy. Najpierw jednak trzeba uhonorować ich miejsce w sferze publicznej oraz zabezpieczyć warunki ich przyszłego wyłonienia się. To oni zostaną zapamiętani, tak jak historia pamięta o mówcach różnych czasów. Nie możemy dopuścić do tego, aby nasza czasy zostały zapamiętane jako polifonia krzyków i festiwal głupoty.

Zasada arystokratyczna może uzdrowić sferę publiczną

Świętość, która mieszkała w katedrze Notre Dame jest podstawą do prowadzenia takiego dialogu. Nie chodzi o asocjacje religijne! Świętość poprzedza je, a współczesność jest najlepszym czasem, aby wyartykułować tę pierwotność. Świętość nie istnieje w próżni, nie jest ograniczona do religii instytucjonalnej. Żyje w budynkach, w wysokiej sztuce, w sercach, a także wewnątrz specyficznych grup ludzkich. Świętość żyje także w czasie, a jej “zachowanie” w nim wymaga struktury takiej jak katedra Notre Dame, struktury opieki i pielęgnacji. Świątynie i kościoły są – przynajmniej jako idea – schodami do świętości; schodami do grupowego doświadczania jej. Dzięki nim, świętość jest dostępna, powstaje brama do niej. Świat pełen jest takich bram. Do czego jednak prowadzą? Zapomnieliśmy o tym i dlatego nie możemy – jako niesamowita całość, jaką jest suma generacji ludzkich zwanych “populacją” – nie możemy wyrazić świętości z naszych własnych czasów, wyobrażeń i potrzeb. Dlaczego? Ponieważ ta zdolność należy do mniejszości, zawierającej członków wszystkich innych mniejszości – czyli arystokracji. Kryteria i kondycja moralna arystokracji ulega zmianom na przestrzeni czasu, jednak zasada arystokratyczna pozostaje niezmienna: to istnienie i uznanie tego, co wyższe oraz dążenie do tego, co najwyższe.

Być może Ty należysz do tej mniejszości, w postaci potencjalnej, lub zaszczutej przez masy. Jeżeli to właśnie Ty, to cieszymy się, że tu jesteś. Wiedz, że nie jesteś sama!

Arystokracja wyrasta z puli potencjałów i kompetencji, takich jak wrażliwość, wielowymiarowa inteligencja, ale także >>wola<< która pozwala zrobić dobry użytek ze swoich władz poznawczych, aby zbliżyć się do kompletnego życia i świętości, a także móc ją wyrazić tak, aby ludzkość mogła się nią pożywić, aby mogła ją grupowo odnaleźć. Ekspresja ta dotyczy absolutu – tego, co jest najwyżej – a zawsze coś jest najwyżej, nawet kiedy ów szczyt opiera się na zanegowaniu.

Ekspresja Najwyższego różni się na przestrzeni czasów i zachowuje żywą kontekstualność. Kiedy świętość zostaje umiejscowiona najwyżej, wszystko inne “samo opada na swoje miejsce”. Sama świętość zaś jest tajemnicą, odczuwaną w unikatowy, rozświetlający człowieka sposób. Jest intymna, osobista, odzwierciedlona przez słowa, spojrzenia, oddech, harmonię przyrody, dzieła sztuki, ale także nasze własne ciało.

Świętość jest do odnalezienia dla tych, którzy przejdą drogę, wejdą na górę. Kiedy ją odnajdą, mogą zanieść ją innym. Cywilizacyjna doniosłość Zachodu zawiera się w wyrażeniu tej świętości na miarę swoich czasów: to są kwiaty, kwitnienie cywilizacji, które przez ostatnie dwa tysiące lat zostało zorganizowane w mitologii chrześcijańskiej. Jeżeli sięgniemy do uczuciowych korzeni chrześcijaństwa, odnajdziemy piękno; europejski smak świętości. To zupełnie inny punkt widzenia od jadowitej i zapętlonej krytyki kościelnej instytucjonalności. Cywilizacja jest tak złożonym organizmem, że zawsze odnajdziemy więcej niż tylko to, co piękne. I odnajdziemy to wszystko w człowieku. Odnajdziemy w nim świętość; kryje się ona w sercu konfiguracji, która niesiona przez czas prowadzi do urzeczywistnieniu świętości w swoim własnym – w Twoim – życiu.

Ten czas – o odpowiednio zwielokrotnionym rozmiarze – czyni cywilizację. 900letnia świątynia to schronienie dla świętości wyryte w czasie i przestrzeni. Katedra jest miejscem, w którym zminiaturyzowano chrześcijański kosmos mityczny, “rozpoczęty” przez śmierć pewnego człowieka na krzyżu. Czy nasza cywilizacja wyda na świat nowe katedry, które przetrwają prawie tysiąc lat? Czy zachowamy kontinuum wyrażania Świętości, która połączy nas z tym, co najwyższe, a jednocześnie zaktualizuje ekspresję o język i potrzeby, które są charakterystyczne dla naszych czasów?

Aby te pytania mogły się ziścić potrzebujemy odbudować to, co wielkie: nasze świątynie i duchowo-intelektualne elity. Odnajdźmy naszą arystokrację, zadbajmy o nią, uznajmy ją i cieszmy się z wydanych przez nią kwiatów.