Dobre wieści! Postmodernizm umiera

Masz dosyć życia w zagubieniu i otchłani wątpliwości? Wstydzisz się być decyzyjnym, a podjęte decyzje bez końca roztrząsasz w myślach? Egzystujesz pośród przytłaczającej wielości pełnej bezsensu? Czujesz, że ciągle dryfujesz, gdzieś pomiędzy przyjemnością a próżnią, nieogarem i nudą, “czymśtam” a “niczym”? I… myślisz, że właśnie “takie jest życie”? Mamy dobre wieści! Stan, który Ciebie nawiedza nazywa się postmodernizm i nie jest permanentny. Wiele wskazuje na to, że dobiega końca.

Myślę, że każdy czytelnik ma intuicję tego, o czym piszę. Nie każdy jednak rozpoznaje cechy i symptomy tak zwanego “postmodernizmu” tworzących “Doomera”, człowieka późnej nowoczesności. Zresztą, sama orientacja postmodernistyczna skutecznie przeciwdziała formułowaniu jasnych osądów.

W życiu codziennym, postmodernizm przejawia się w relatywizowaniu wszelkich pojęć i rozwiązań instytucjonalnych, puszczaniu cynicznego oka i odruchowym podkopywaniu zdeklarowanych światopoglądów przy pomocy ironii, krytyki i szyderstwa. Postmodernistyczny styl życia to także nieustanny dysonans decyzyjny maskowany ironią a także… rozwalanie każdej ciekawej dyskusji tekstami typu “wiesz, bywa różnie” albo “wszystko jest relatywne”.

Postawa modernistyczna przeniknęła także do duchowości. Jest ona mieszaniną teorii “gwiazd postmodernizmu” takich jak Derrida czy Foulcault oraz elementami filozofii orientalnych, np. buddyzmu zen czy hinduistyczych Upaniszad. Powstały “produkt” dorabia duchową otoczkę do podejrzliwości wobec wszelkich religijnych i tradycyjnych koncepcji, poprzestając na frazach typu: “prawdy nie da się ująć w słowa” czy “wystarczy po prostu być teraz”.

Niestety, często rezultat jest nijaki; medytacja i osobista duchowość stają się zamrożone w rozwoju i bezkształtne, zaś przyswajane nauki “nie wsiąkają” w człowieka. Tej blokadzie sprzyja niedosiężny cel, jakim jest oświecenie – przypisywanie sobie takiego osiągnięcia jest nie tylko paradoksem (“ego” nie może osiągnąć oświecenia), ale także społecznym faux pas. Duchowe dysputy zapętlające się do oskarżania siebie nawzajem “o przywiązanie do osądów” i sugerujące “uwolnienie od ego” to wymowne przykłady postmodernistyczych rozmów. Ego jest tutaj głównym podejrzanym, które oskarżane jest o każde “odstępstwo” od niewidzialnych, ale dość określonych reguł: nie osądzaj, nie zajmuj mocnego stanowiska, aby nie eskalować różnic zdań, ZAWSZE bądź miły, nawet jeżeli w środku czujesz inaczej. Rezultat? Potężna powtarzalność. Po blisko 10 latach zainteresowania medytacją nadal słyszę te same wypowiedzi.

Będąc zmęczonym tym klimatem myślowym ogromnie ciesze się z artykułu Bogusława Wajzera, który przeczytacie TUTAJ. W pigułce: tekst mówi o tym, że ludzie mają dość postmodernistycznego stylu życia, na który składa się podważanie i kwestionowanie wszystkiego bez pozytywnych wniosków, negatywne podejście do “Wielkich Narracji”, dysonans, rozstrzęsienie pomiędzy możliwościami, agresywna postawa do afirmatywnych twierdzeń, “totalitarny relatywizm” i co tam jeszcze. Taki klimat myślowy zdążył głęboko stopić się z naszym myśleniem o świecie. Na szczęście, czasy jego dominacji już dawno za nami: postmodernistyczna wizja świata nie jest ostateczna.

Wajzer – używając przykładu netfliksowego serialu Stranger Things – opowiada o tym, jak ludzie tęsknią za afirmatywnym przeżywaniem świata i odczuwają to jako “nostalgię”. Rozczarowani i permanentnie zagubieni w ponowoczesności, umysły zwracają się do dzieciństwa, lat 70, 80 i 90tych. Symbole tamtych czasów, muzyka i moda, stają się wehikułem do “cofnięcia w czasie”. Myślę, że ta potrzeba nostalgii sygnalizuje włąśnie zmęczenie postmodernizmem, jako domyślnym stanem życia.

Nostalgia za czasami “niewinnej młodości” to coś znacznie więcej niż odkurzanie starych zabawek. To kulturowy sygnał: możemy nie tylko uwolnić się od błędnego koła krytycyzmu, negacji i podejrzliwości, ale także zaadaptować w swoim życiu afirmatywne narracje, które proponują nam kompletny kosmos, w którym możemy marzyć i żyć.

Czy nie takie było życie w beztroskim dzieciństwie? Potrzeba wyboru i podążania za którąś z Wielkich Narracji jest także widoczna w ogromnym zmobilizowaniu politycznym po lewej i prawej stronie. Masowe zaangażowanie w ruchy ekologiczne ukazuje powszechny głód wartości; poszukiwania czegoś czego się broni, za czym się stoi. Z drugiej strony, świat ogląda bezprecedensowy powrót do wartości patriotycznych; zarówno w wydaniu regresywno-agresywnym jak i folklorystyczno-wspólnotowym. Oczywiście niektórzy demonizują wszelkie emocje związane z wspólnotami tradycyjnymi i narodowymi; jednak ta demonizacja odsyła nas z powrotem do postmodernistycznego tygielka!

Mem “Doomera” i jego kolejne odsłony są ekspresją pytań, jak wyjść z błędnego kółka kwestionowania wszystkiego – myślę, że mnóstwo ludzi jest udręczonych takim zapętleniem pomimo ironii, którą wciąż mają na ustach. Wydaje się, że odpowiedź leży w zaufaniu. A czemu ufać? Najpierw warto zaufać sobie, a co za tym idzie, nie negować i overthinkować do bólu każdej swojej myśli i decyzji. Nawet, kiedy człowiek “nie wie kim jest” (jak w buddyzmie zen) to nie jest skazany na chaos wątpliwości! Człowiek jednak nie stanie na samym sobie; każdy potrzebuje dodatkowej podpory. Dlatego następnie warto zaufać którejś z Wielkich Narracji – spójnym wizjom świata zawierającym sensy życia oraz motywacje i kierunki działań.

Postmodernizm poszatkował Wielkie Narracje na wirujące w próżni elementy, które rzekomo da się dowolnie poskładać. To jednak nieprawda. Kosmiczne frankensteiny (takie jak ruch New Age) okazały się krótkotrwałe i martwe w środku. Myślę, że światopoglądowe składaki nie dają długotrwałej mobilizacji do działania; skazują nas raczej na recykling idei, wciąż nowych, konsumowanych i kolejno wysysanych z przelotnej inspiracji. Co więcej, ponowoczesne światopoglądy zwykle mają charakter globalny i uniwersalny; dotyczą “wszystkich ludzi” albo “wszystkich istot” i opierają się na abstrakcjach, takich jak “Miłość”, “Świadomość”, które totalizują rozmowę i wypierają z niej konteksty, niuanse, wszystko to, co czyni rozmowę naprawdę interesującą. Nie będę odkrywczy, kiedy powiem: “No tak, każdy ma swoje zdanie” lub “…ale najważniejsza jest w tym wszystkim uważność i świadomość”.

Z kolei koherentne Wielkie Narracje; dynamiczne, ale także ponadczasowe kosmosy z ich granicami po prostu działają na człowieka inaczej. Także, czy to w stronę ekologiczną, czy seksualno-tożsamościową, czy narodową, czy tradycyjną – ludzie powracają do Narracji, uniwersalnych lub lokalnych. Towarzyszy temu zaostrzenie sporów i ogólna polaryzacja, ale to nie wszystko. To jest pierwszy etap fermentu, jakie będą następne?

Wierzę w to, że człowiek potrafi refleksyjnie kultywować którąś z Wielkich Narracji. Czyli: robić to bez polaryzacji i bez zawężenia refleksji. Istotne jest także, z czego składają się Wielkie Narracje? Czy możemy ujrzeć ich architekturę bez rozmontowywania ich? Wielka Narracja jest bowiem rozłożystą architekturą idei, które ewoluowały w czasie, tj. aktualizowały się, zachowując pewne fundamenty.
Być może też – co wymaga głębokiej rozwagi – pewne narracje są niekompletne i mają swoistą datę ważności; w końcu przestają być dobrymi “wehikułami” do życia, relacji z innymi i patrzenia na świat i przedawniają się.

Dla mnie, takimi narracjami są – niestety – katolicyzm oraz jego wysoce reaktywny wróg, czyli uogólniona postawa liberalno-lewicowa. Katolicyzm “zużył się” z wielu względów; jaskrawo dualistyczna struktura doktryny katolickiej jest konfliktogenna od początku swojego zaistnienia w historii: konflikty i sprzeczności nieuchronnie rodzą się w katoliku (jego umyśle, sercu, ciele) a także w jego relacjach z innymi. Jeżeli uczciwie przyjrzymy się chrześcijaństwu, widzimy sprzeczności i dziwne schematy emocjonalne (np. fiksacje na męczeństwie), które regularnie powtarzają się w chrześcijańskim kosmosie. Nie odrzucam przez to całej tradycji, studiuję ją już ponad dziesięć lat i spoglądam na nią kompletnie.

Sprawa wygląda podobnie z tzw. orientacją lewicową; jest ona niekompletna, ponieważ wywodzi się z krytyki, zanegowania i buntu (które są raczej etapem niż przystanią), zaś proponowane przez nią rozwiązania instytucjonalne progresywnie zmierzają co absurdu. Dzieckiem tej orientacji jest także sam postmodernizm. Zresztą – uwaga, tajemnica poliszynela! – lewica współdzieli z chrześcijaństwem MNÓSTWO postulatów, takich jak zrównanie ludzi oraz uniwersalizacja doktryny (dla wszystkich, dla każdego) oraz negacja zastanego porządku (u zarania chrześcijańska: porządek rzymsko-grecki, zaś u lewicy: chrześcijaństwo i “wyemanowany” zeń porządek gospodarczy). Zarówno chrześcijaństwo, jak i liczni adwersarze tej religii opierają się na progresywnym założeniu, że “później będzie lepiej, a kiedyś było gorzej”, niezależnie czy chodzi o Niebo, ponowne przyjście chrystusa, nastanie społeczeństwa bezklasowego czy bezpłciowego (w rozumieniu “przewalczenia” podziału na dwie płcie)

Przewlekła walka i polaryzacja tych dwóch narracji wróży jałowy i wyniszczający konflikt, zaś próby dystansowania się od niego – z braku alternatyw – tworzą nijaki i stroniący od konkluzji światopogląd, nabity wątpliwościami. Na szczęście człowiek, który zadba o szerokość (i wysokość!) horyzontów znajdzie coś innego poza zablokowanym konfliktem i nijakim relatywizmem.

Czy możemy zatem koegzystować ze sobą bez zgniłego kompromisu i bez udawania, że nie mamy światopoglądów? Zdolność do takiego współżycia bierze się po prostu z dojrzałego charakteru, który zdolny jest do recepcji i objęcia różnic. Wyznawany światopogląd nie może być reaktywny; czyli powstający wyłącznie w kontekście walki z innymi wizjami świata- musi być autochtoniczny, tj. samodzielny, wypróbowany i pomyślny w życiu, ukazujący życia bogactwo i piękno, mądrze przyjmujący koleje losu i oświetlający całą egzystencję w kontekście czegoś wyższego, Najwyższego; czy jest to Świętość, czy planeta Ziemia, czy przeobrażenie percepcji (buddyzm) czy coś jeszcze innego.

Praktykuj, głupcze!

Każdego dnia jesteś co raz bliżej śmierci. Jest wiele rzeczy ważnych, jednak praktyka jest najważniejsza, ponieważ zmienia perspektywę, z którą patrzysz na wszystko inne. Praktykuj codziennie, nie ma żadnego “ale”!

Nie możesz myśleć o duchowości, wyobrażać sobie jej i pragnąć – możesz próbować, lecz to tylko marna kopia – zlepek wyobrażeń. Dopiero gdy ją zobaczysz i pozwolisz jej zagościć w Twojej życiu, doświadczysz prawdziwej przemiany, która wniesie jakość świętości w Twoje doświadczenie.

Wtedy, wszystko to co było do tej pory, przestaje nim być – przemienia się. Dopiero wtedy zauważasz, że wszystko to co traktowałaś jako prawdziwe, było tylko wyblakłą kalką rzeczywistości. Staje się to widoczne z perspektywy blasku i mocy, które nabiera Twoje doświadczenie.

Przekształcając własne poznanie, zmieniasz rzeczywistość. Ona nie jest dana obiektywnie, lecz zależy od poznającego i jakości poznania. Jeśli nie medytujesz – nie masz na ten temat nic do powiedzenia, nawet jeśli z Twoich ust płynie wiele słów. Tak samo, jak zwierzę nie wie czym jest ludzkie poznanie – choć działa to też w drugą stronę. Przekształcona percepcja nie jest percepcją zwyczajną, do której dołączone zostały nowe elementy – zostaje ona gruntownie przemieniona.

Kiedy intensywnie praktykujesz i budujesz dostęp do świętej rzeczywistości, zapominasz czym jest zwyczajność. Pomieszanie i cierpienie staje się dla Ciebie jedynie mglistym wspomnieniem. Tak samo jak dorosły wie że był dzieckiem, ale nie pamięta jak to było nim być, bo jest już kimś innym. Medytacja naprawdę zmienia wszystko.

Niestety, jeśli okoliczności życiowe się zmienią, to znów się tam znajdziesz – spadniesz w sam dół ciągłego niezadowolenia i niezaspokojonego pragnienia. Tam, możesz zatrudnić cały sztab specjalistów, którzy zaplanują Twój powrót na szczyt – bezskutecznie. Musisz znów wyjść tylnymi drzwiami – zabrać się do praktyki i czekać na swoją kolej!

Kiedy praktykujesz, nie spoczywaj na laurach – pamiętaj, aby wytrwale kontynuować. Kiedy tracisz moc, nie daj się zwieść – nie ma innej drogi do Prawdy – po prostu wróć do praktyki. Wiem, że masz dużo zajęć – praca, nauka, dom, rodzina, hobby. Niestety, ale “później” zwykle trwa wiecznie. Znalezienie choć 20 minut dziennie na praktykę jest Twoim obowiązkiem. Nie ma nic złego w krótkiej przerwie, jeśli rzeczywiście okoliczności tego wymagają. Ale proszę, nie zapominaj o tym i nie pozwól na utratę tego, co niezwykle cenne.

Dlaczego kapłani popełniają seksualne zbrodnie?

Kolejne publikacje ujawniające zbrodnie księży katolickich prowadzą nas do pytania: jak możemy mądrze poradzić sobie z tą katastrofą? Zaciekła nienawiść nie wystarczy. Wskazywanie winnych nie wystarczy. Niewłaściwe przyjęcie tej tragedii może straumatyzować naród na kolejne lata. Dlatego spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, skąd wzięły się tak porażające zwyrodnienia?

Pedofilia i zbrodnie seksualne w Kościele Katolickim to katastrofa dla całego narodu; także tej części Polaków, którzy deklarują się jako ateiści. Niezależnie bowiem od powierzchownych i deklaratywnych poglądów, zdecydowana większość Polaków pozostaje katolikami, nawet jeżeli są to “niewierzący katolicy”. Widać to chociażby w języku potocznym; krytycy i hejterzy używają słów zaczerpniętych z doktryny katolickiej do potępiania kościelnych zbrodniarzy. Mam tu na myśli m.in. takie słowa jak “zły” i “winny”. Słowa te nie są wyjęte z próżni; mają one swój bagaż znaczeniowy, i przynależą do “kultury winy”, do której zalicza się katolicki sposób patrzenia na świat. W złożonej architekturze pojęć, która tworzy światopogląd Polaka Katolika, zabrakło jednak serca, czyli Świętości.

Polski Kościół jest pozbawiony Świętości

Zjawisko “niewierzącego katolika” obejmuje nie tylko świeckich, którzy wyrzekli się Boga chrześcijańskiego i zostali ateistami, ale także hierarchów i innych kościelnych urzędników.

Współczesny polski kościół katolicki jest pozbawiony Sacrum; nie ma go w słowach kapłanów, nie ma Świętości w monotonnie odtwarzanych mszach. Świętość ulotniła się niepostrzeżenie, niewielu zauważyło jej zniknięcie. Tak, to pewne uogólnienie; istnieją bowiem takie wyjątki jak ks. Jan Sochoń. Jeżeli interesuje Was, jaka jest świętość, poczytajcie jego wiersze. Sochoń przepięknie wyraża obecność sacrum w codziennym życiu. Przeczytacie o tym tutaj. Nie czuję jednak, aby takie jednostki były częścią Kościoła; egzystują one raczej na peryferiach tej przytłaczającej instytucji.

Wiara w Boga jakiejkolwiek tradycji i poczucie Świętości (w chrześcijaństwie uosobione w Duchu Świętym) nie są “stanami rzeczy”, które dostaje się raz na zawsze. To raczej subtelne stany umysłu (i ciała), wysoce wrażliwe na codzienne działania.

Właśnie dlatego starożytni ludzie tak unikali miazmy, zmazy czyli rytualnej nieczystości; bali się bowiem utracenia kontaktu ze Świętością. Tzw. katharsis było oczyszczeniem, które odnawiało relację ze Świętością. Ta dynamika tracenia i odzyskiwania kontaktu z Sacrum jest losem ludzi prawdziwie religijnych. Wysokie standardy moralne nie są “sztuką dla sztuki” czy “handlowaniem o Niebo”; to raczej utrzymanie umysłu i ciała w kondycji, która pozwala na codzienne obcowanie z boskością.

Kapłan, który dopuszcza się okrucieństw w stosunku do dzieci zupełnie utracił relację z Sacrum. Domyślam się, że kapłani w ukryciu piją, palą, kopulują z prostytutkami, skąd jednak taki kaliber dewiacji, jak pedofilia? Czy istnieje zrozumiała odpowiedź na to pytanie?

Jak mądrze nie robić rzeczy


7 Cóż więc powiemy? Czy Prawo jest grzechem? Żadną miarą! Ale jedynie przez Prawo zdobyłem znajomość grzechu. Nie wiedziałbym bowiem, co to jest pożądanie, gdyby Prawo nie mówiło: Nie pożądaj!2 8 Z przykazania tego czerpiąc podnietę, grzech wzbudził we mnie wszelakie pożądanie. Bo gdy nie ma Prawa, grzech jest w stanie śmierci.
(Nowy Testament, List do Rzymian)

Czy istnieje sprzężenie zwrotne pomiędzy systemem zakazów i nakazów a ich łamaniem? Oczywiście. To słynny “zakazany owoc”, który prowadzi nas do kluczowego pytania: Jak nie robić rzeczy? Jak przestrzegać reguł? Niemądrze przestrzeganie reguł prowadzi do stłumienia; wyparcia energii “chcenia”, która wyrodnieje, ucieka z pola świadomości i powraca jako potwór. Co byś zrobiła, gdybym zakazał Tobie wychodzenia wieczorem z domu? To oczywiste, że chciałabyś to zrobić, ale wyobraź sobie naprawdę dobrze, co dzieje się w umyśle, który pragnie czegoś, co zostało zakazane. Powstały opór wytwarza nieprzyjemne tarcie, a jednocześnie rusza lawina nieświadonych procesów, w których nie da się jasno zorientować. Skutki tego zablokowania nawarstwiają się latami. W końcu czara przelewa się, potwór wychodzi na wierzch i sieje zniszczenie.

Zinstytucjonalizowanie zahamowania seksualnego to wielkie, cywilizacyjne przedsięwzięcie Kościoła Katolickiego. Tysiące przykładów pokazuje, że jest ono po prostu niebezpieczne. Być może, taka zgubna instytucjonalizacja to fabryka potworów, które rodzą ksenomorfy w ciałach księży. Powątpiewam bowiem, że klerycy są instruowani, co robić z własnym pożądaniem. Przypuszczam, że pożądanie seksualne zostaje po prostu obłożone anathemą. Następnie powstają sekretne drogi ujścia, “wentyle bezpieczeństwa”, to jednak nie rozwiązuje fundamentalnego problemu. Wszelkie bowiem drogi ujścia – jak przysłowiowy muzułmanin, który pije alkohol w szafie, żeby Allah nie widział – są obciążone doktrynalną klątwą, która przygniata kolejne pokolenia kapłanów.

W Kościele Katolickim kleryk nigdy nie zostaje “inicjowany” we własną seksualność. Seksualność księży to seksualność chłopców. Nie ma w tej organizacji instytucjonalnych sposobów ogarnięcia męskiej seksualności, powstały jedynie patologiczne, instytucjonalne sposoby tłumienia katastrofalnych skutków nieogaru.

Sprawa wygląda nieco inaczej w przypadku zakonnic. U nich to Chrystus jest oblubieńcem, z którym wstępują one w wieczyste małżeństwo. Znane są przypadki mistyczek, które miewały po parenaście orgazmów dziennie. W ten sposób doktryna skanalizowała (i uświęciła!) kobiece pożądanie. Przeczytacie o tym w książce “Ekstazy Kobiece”.

Trzeba mocno podkreślić, że katolicka instytucja wyjątkowo źle poradziła sobie z dylematami wyłaniającymi się z męskiej seksualności. Ale nic straconego! Skoro papież Pius IX w 1854 wprowadził dogmat o niepokalanym poczęciu, a papież Pius XII dorzucił dogmat o wniebowzięciu Maryi (1950) czemu papież Pius XIII nie ogłosiłby dogmatu o Marii Magdalenie, świętej prostytutce, która wchłania w siebie siłę księży i przekazuje ją Jezusowi? Cała nadzieja w Piusach.

Dla pokazania alternatywy, w prawosławiu kwestia pożądania ta została opracowana zupełnie inaczej:

Pragnienia duchowe, zbiegające się w pragnieniu Boga, i pragnienia zmysłowe, „cielesne”, nie stanowią, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka dwóch pragnień różnych pod względem swego źródła: człowiek posiada w swym jestestwie JEDNĄ SIŁĘ POŻĄDANIA.
U człowieka, którego określiliśmy jako normalnego (Adam przed popełnieniem grzechu, święty – człowiek odrodzony w Chrystusie), ta siła pożądliwa,zgodnie ze swą naturą, jest całkowicie zwrócona ku Bogu – naturalnemu i normalnemu „obiektowi” pożądania człowieka.
(Terapia chorób duchowych; ekonomia pożądania)

Taka wykładnia otwiera przed kapłanem możliwość sublimacji własnego pożądania, tj. skierowania go ku Świętości. Podobne rozwiązania odnajdziemy także w innych religiach; w tantrze buddyjskiej czy duchowych ćwiczeniach daoistycznych. Czy Kościół Katolicki jest zupełnie głuchy na tego typu konieczności?

Nigdy nie należałem do ludzi kompromisu, wolę już żądać rzeczy niemożliwych. Myślę, że Kościół Katolicki powinien wypracować ekstatyczne narracje dla swoich kleryków, tak samo, jak zrobił to dla zakonnic. Drogi Kościele, możesz to zrobić nawet za plecami świeckich (gdzie dotąd robiłeś inne rzeczy), jednak bez tego, a na skutek społecznych nacisków, kapłaństwo wykształci mechanizmy totalitarne, co jeszcze bardziej uciemięży naturalne popędy swoich członków.

Misterium Męki Pańskiej

Dziś jest Wielki Piątek, najważniejsze święto w kościele katolickim.

Jednak, to nie jest zwykle święto – to misterium. Jego przeżywanie nie polega na wspominaniu czy jego odtwarzaniu, a na tworzeniu, urzeczywistnieniu jego sensu na nowo. Prawda w nim zawarta nabiera realności  – staje się żywa.

Przyznam, że nie wiem dokładnie, jak przebiega misterium. W kościele bywam może raz do roku, choć kiedyś zdarzało się to znacznie częściej. Jednak sama idea porusza mnie do głębi, powoduje gęsią skórkę, drżenie i budzi odczucie mistycznego blasku.

Byłem ministrantem przez siedem lat,  chrześcijaństwo porzuciłem kilkanaście lat temu. Nadal jednak znajduję w sobie doznania, które towarzyszyły mi podczas Wielkopiątkowego misterium. Tym bardziej, że będąc bliżej Ołtarza, pełniłem wtedy służbę – oddawałem część siebie, aktywnie je współtworząc. Pamiętam zapach kadzidła, kołatki, rytuał ognia, wielogodzinne czuwanie. To było coś innego, wyjątkowego, coś, czego nie rozumiałem, choć do dziś pamiętam kontemplacyjny nastrój zadumy, oczekiwania iżalu zmieszanego z nadzieją…

Dziś, w mitycznym czasie wielkiego powrotu  jeden człowiek, złoży największą ofiarę – swoje życie – w celu odkupienia grzechów wszystkich ludzi. Nieskończonej liczby istnień. Zaskakująca w tym jest metafora transakcji, bowiem Chrystus – odkupiciel, spłaci za nas dług, którego sami spłacić nie jesteśmy w stanie. Transakcja bezkompromisowa, dla nas opłacalna. Ale kto z nas, odważyłby się stanąć po drugiej stronie i złożyć siebie w ofierze? 

Nie wiem, co mnie szokuje bardziej. Czy przelew krwi, który się dokonuje, będący jednocześnie tragedią i wybawieniem czy fakt, że trzy dni potem nastąpi Zmartwychwstanie. Przekroczenie bariery, której przekroczyć się nie da. Złamanie największej tajemnicy – granicy życia i śmierci.

Czuję, że tuż obok mnie, otwierają się wrota. Za nimi, jest coś, czego nie rozumiem, ale czego świętą siłę odczuwam. Zachwyt, przerażenie, chwałę, blask. I to mi wystarczy.

Odbudujmy i chrońmy to, co wielkie

Pożar w katedrze Notre Dame jest drastycznym przykładem moralnego upadku sfery publicznej. Komentarze, które zaczęły masowo nawarstwiać się na wieść o tragedii to wielka erupcja ekscytacji i fantazji, odlatująca daleko od realności i konsekwencji pożaru. Wkrótce teorie spiskowe i wykrzywione postulaty polityczne staną się dominującym odbiorem tak tragicznych sytuacji. Międzynarodowa opinia publiczna potrzebuje mądrych głosów, które nawiążą ze sobą wnikliwe i trzeźwe dyskusje. Inaczej pochłonie nas ocean ignorancji.

Katedra to miejsce w czasie

Katedra Notre Dame jest symbolem wielkości, jednym ze wspanialszych, jakie wzniosła Europa. Ta wielkość przekłada się na 180 lat skoordynowanego ludzkiego wysiłku i dalsze 674 lata konserwacji budynku przez kolejne pokolenia. Katedra jest dosłownie pomnikiem tej pracy, mądrości i troski. Jej materialność, kamień, drewno, szkło i metal poprzedzają wszelkie wymiary symboliczne, które otaczają budynek. Piętnastego kwietnia w poniedziałek, współczesna generacja konserwująca katedrę “upuściła pałeczkę” i doszło do katastrofalnego pożaru. Wypadki tego typu są od paru lat główną przyczyną pożarów obiektów sakralnych. Kościoły płoną głównie przez zaniedbania podczas prac renowacyjnych. Przyczyna jest najprostsza: zabrakło uważności i czci. Jeden z historyków komentujących pożar powiedział “to nie są przecież zwykłe budynki”. I trafił w sedno; w panoramie naszej cywilizacji znajdują się uświęcone miejsca, które zasługują na szczególną uwagę. Są one wyżej, ponieważ nasza cywilizacja ma doliny, równiny i wysokie wzgórza. Taka jest całość naszego krajobrazu.

Katedra to miejsce świętości

Katedra Notre Dame to nie tylko budynek “z krwi i kości”, to także uświęcone miejsce. Uświęcenie jest tak bliskie materialności budynku, jak ludzka aorta jest bliska Boga (Koran 50: 16). Świątynia to dom dla świętości, przestronne miejsce, które ją chroni. Taki jest najpierwotniejszy sens świątyń. My, ludzie, budujemy je od zarania dziejów; wcześniej adaptowaliśmy jaskinie, potem wznosiliśmy budynki. Świątynia jest miejscem do wspólnego przeżywania Świętości, a jednocześnie odnalezienia z nią osobistego kontaktu. W sferze publicznej świętość została jednak kompletnie zapomniana. Ludzie masowo tracą zdolność do przeżywania świętości: zarówno w słowach i uczuciach. Ten wymiar życia po prostu zniknął. Można to jednak wyjaśnić: zburzono infrastrukturę, która umożliwia takie wspólne przeżywanie. Nie usłyszę jednak takiego głosu w debacie publicznej na tematu pożaru w Katedrze. Nie usłyszę go nawet krytycznie: nie ma mowy o świętości.

Katedra wzięta na języki

Jednocześnie, masowa wyobraźnia błyskawicznie zaludnia tragedię w Paryżu, liczę to w tysiącach komentarzy, które mnożą się, kiedy to teraz piszę. Prawie natychmiast gdy opublikowano informacje o pożarze pojawiły się teorie spiskowe, następnego dnia mnożą się ideologiczne pretensje dot. środków wpłaconych na odbudowę katedry. Sama tragedia pożaru zostaje zasłonięta tymi interpretacjami. W ciągu najbliższej dekady będziemy oglądać wizualizacje takich danych w czasie rzeczywistym, wraz z ich odchyleniami politycznymi. Język ludzki jest kodem, który zostanie złamany przez sztuczną inteligencję. Ile z głosów komentujących pożar w katedrze, to boty? Ilu użytkowników intelektualnie nie da się odróżnić od botów? Internet wypluwa ludzkie myśli w przygniatającym rozmiarze, masy mają głos i widzimy, jak ich używają/używamy. Internet jest bezprecedensowym ożywieniem kultury; nigdy w historii świata ludzie nie pisali tak dużo, i tak głupio. Internet to zwierciadło, w którym wszyscy się przyglądamy.

Jest to także porażające wyobraźnię narzędzie wojny politycznej, zwanej “wojnami kulturowymi”. To wojna umysłów; są one w niej zanurzone jak w wielkiej zupie. Kiedy przeanalizujemy spektrum dyskursów publicznych, narzuci się nam ich powtarzalność. Pod względem poznawczym są to głównie heurystyki. Stereotypy mnożą się na social media głównie ze względu na ramy przekazu. Krótkie wiadomości są angażujące emocjonalnie i łatwo się polaryzują (dlatego są polityczne).

Upolitycznienie komunikacji internetowej oraz platform komunikacyjnych wywiera ogromny wpływ na nasz światopogląd. Jednocześnie, większość dyskusji w Internecie jest powtarzalna i nacechowana niską kulturą: facebook nie jest agorą, tylko targowiskiem. W rezultacie, oglądamy świat w niskiej rozdzielności.

Media społecznościowe to chaotyczne środowisko komunikacyjne, gdzie umysły bezwiednie są wciągane w polaryzacje polityczne. Również głosy o wysokim statusie dają się uwikłać w to przekrzykiwanie. Boleśnie uwydatnia to poziom polskiej debaty publicznej; człowiek wstydzi się reprezentantów “obozu rządzącego”, “opozycji”, ekstremistycznych żenad, nadto i samego siebie, kiedy daje się wessać w jadowite, jałowe spory. Ta neutrotyczność i wtórna obrazkowość dyskusji otępia żywy intelekt. Dyskusje łatwo homogenizują się i marginalizują mnóstwo wątków i kontekstów. Rozmawiamy tak dużo, lecz wciąż kręcimy się tymi samymi uliczkami. Patrząc na bogactwo kultury (chociażby polskiej, a przecież istniejemy w kulturze globalnej, pol-anglojęzycznej), debata jest ogromnie zawężona, jest emocjonującą grą złożoną z ograniczonej liczby znaczeń i memów.

Algorytmy filtrujące YouTube oflagowały nagrania z pożaru Katedry jako “teorie spiskowe”. Jest to przykład bezradności; media próbują opanować kolejne fale odklejonej wyobraźni i ignorancji, w rezultacie trafiając w nagrania realnych wydarzeń. W przyszłości możemy spodziewać się ciasnych regulacji, takich jak art. 13 – dopiero totalitarna kontrola treści powstrzyma zalew głupoty, a jednocześnie zdusi wolność wypowiedzi.

Potrzebujemy mądrych ludzi

To spłaszczenie dyskursu publicznego ma wiele przyczyn, ukazuje jednak jedną potrzebę: potrzebujemy mądrych głosów. Potrzebujemy mądrych ludzi, zarówno jako Polacy, jak i Europejczycy. Potrzebujemy ich tak, jak piesek potrzebuje miski z karmą, czyli rozpaczliwie. Polski dyskurs publiczny jest zatkany, mnożone w nim memy są głównie polityczne. Tak rzadko pojawiają się pozytywne, nieuwikłane politycznie wartości. Wszystko kręci się wokół negatywizmu kłótni i charakterystycznej dla naszego narodu dziwnej heroiczności w “krzyczeniu do upadłego”.

Mądrzy ludzie mówią zachowawszy wielość kontekstów, bowiem nadmierna polaryzacja jest po prostu jałowa. Mądry człowiek dystansuje się od toksycznych dyskusji, ponieważ godzą one w godność i ogłupiają. Polemiczne dyskusje pożerają się nawzajem i tylko przepalają emocje. To angażujące, a jednocześnie męczące. Potrzebujemy zdrowej i twórczej wymiany myśli, w której nie uczestniczy pareset głosów naraz, tylko kilka. W odróżnieniu od konsultacji społecznych zanurzonych w mediach społecznościowych, potrzebujemy głosów wielkich ludzi, którzy patrzą sobie w oczy. Najpierw jednak trzeba uhonorować ich miejsce w sferze publicznej oraz zabezpieczyć warunki ich przyszłego wyłonienia się. To oni zostaną zapamiętani, tak jak historia pamięta o mówcach różnych czasów. Nie możemy dopuścić do tego, aby nasza czasy zostały zapamiętane jako polifonia krzyków i festiwal głupoty.

Zasada arystokratyczna może uzdrowić sferę publiczną

Świętość, która mieszkała w katedrze Notre Dame jest podstawą do prowadzenia takiego dialogu. Nie chodzi o asocjacje religijne! Świętość poprzedza je, a współczesność jest najlepszym czasem, aby wyartykułować tę pierwotność. Świętość nie istnieje w próżni, nie jest ograniczona do religii instytucjonalnej. Żyje w budynkach, w wysokiej sztuce, w sercach, a także wewnątrz specyficznych grup ludzkich. Świętość żyje także w czasie, a jej “zachowanie” w nim wymaga struktury takiej jak katedra Notre Dame, struktury opieki i pielęgnacji. Świątynie i kościoły są – przynajmniej jako idea – schodami do świętości; schodami do grupowego doświadczania jej. Dzięki nim, świętość jest dostępna, powstaje brama do niej. Świat pełen jest takich bram. Do czego jednak prowadzą? Zapomnieliśmy o tym i dlatego nie możemy – jako niesamowita całość, jaką jest suma generacji ludzkich zwanych “populacją” – nie możemy wyrazić świętości z naszych własnych czasów, wyobrażeń i potrzeb. Dlaczego? Ponieważ ta zdolność należy do mniejszości, zawierającej członków wszystkich innych mniejszości – czyli arystokracji. Kryteria i kondycja moralna arystokracji ulega zmianom na przestrzeni czasu, jednak zasada arystokratyczna pozostaje niezmienna: to istnienie i uznanie tego, co wyższe oraz dążenie do tego, co najwyższe.

Być może Ty należysz do tej mniejszości, w postaci potencjalnej, lub zaszczutej przez masy. Jeżeli to właśnie Ty, to cieszymy się, że tu jesteś. Wiedz, że nie jesteś sama!

Arystokracja wyrasta z puli potencjałów i kompetencji, takich jak wrażliwość, wielowymiarowa inteligencja, ale także >>wola<< która pozwala zrobić dobry użytek ze swoich władz poznawczych, aby zbliżyć się do kompletnego życia i świętości, a także móc ją wyrazić tak, aby ludzkość mogła się nią pożywić, aby mogła ją grupowo odnaleźć. Ekspresja ta dotyczy absolutu – tego, co jest najwyżej – a zawsze coś jest najwyżej, nawet kiedy ów szczyt opiera się na zanegowaniu.

Ekspresja Najwyższego różni się na przestrzeni czasów i zachowuje żywą kontekstualność. Kiedy świętość zostaje umiejscowiona najwyżej, wszystko inne “samo opada na swoje miejsce”. Sama świętość zaś jest tajemnicą, odczuwaną w unikatowy, rozświetlający człowieka sposób. Jest intymna, osobista, odzwierciedlona przez słowa, spojrzenia, oddech, harmonię przyrody, dzieła sztuki, ale także nasze własne ciało.

Świętość jest do odnalezienia dla tych, którzy przejdą drogę, wejdą na górę. Kiedy ją odnajdą, mogą zanieść ją innym. Cywilizacyjna doniosłość Zachodu zawiera się w wyrażeniu tej świętości na miarę swoich czasów: to są kwiaty, kwitnienie cywilizacji, które przez ostatnie dwa tysiące lat zostało zorganizowane w mitologii chrześcijańskiej. Jeżeli sięgniemy do uczuciowych korzeni chrześcijaństwa, odnajdziemy piękno; europejski smak świętości. To zupełnie inny punkt widzenia od jadowitej i zapętlonej krytyki kościelnej instytucjonalności. Cywilizacja jest tak złożonym organizmem, że zawsze odnajdziemy więcej niż tylko to, co piękne. I odnajdziemy to wszystko w człowieku. Odnajdziemy w nim świętość; kryje się ona w sercu konfiguracji, która niesiona przez czas prowadzi do urzeczywistnieniu świętości w swoim własnym – w Twoim – życiu.

Ten czas – o odpowiednio zwielokrotnionym rozmiarze – czyni cywilizację. 900letnia świątynia to schronienie dla świętości wyryte w czasie i przestrzeni. Katedra jest miejscem, w którym zminiaturyzowano chrześcijański kosmos mityczny, “rozpoczęty” przez śmierć pewnego człowieka na krzyżu. Czy nasza cywilizacja wyda na świat nowe katedry, które przetrwają prawie tysiąc lat? Czy zachowamy kontinuum wyrażania Świętości, która połączy nas z tym, co najwyższe, a jednocześnie zaktualizuje ekspresję o język i potrzeby, które są charakterystyczne dla naszych czasów?

Aby te pytania mogły się ziścić potrzebujemy odbudować to, co wielkie: nasze świątynie i duchowo-intelektualne elity. Odnajdźmy naszą arystokrację, zadbajmy o nią, uznajmy ją i cieszmy się z wydanych przez nią kwiatów.